Najnowsze wpisy


znowu rozłożona
Autor: innam
03 lutego 2011, 18:35

     Z całym szacunkiem dla wszystkich zarabiających jako telemarketerzy… Nie dzwońcie więcej do mnie :) Przestanę chyba odbierać telefony od zastrzeżonych numerów, bo czuję się napastowana i przymuszana do tłumaczenia się, dlaczego nie jestem zainteresowana kolejnym „niemal darmowym” produktem, który nie jest mi do niczego potrzebny. Moja asertywność się wzmacnia, to prawda, ale z całkiem miłej rozmowy na koniec robi się mało przyjemnie, kiedy po raz dziesiąty mówię NIE [trzy razy już nikomu nie wystarczają]. W ogóle skąd oni mają mój numer, do cholery?!

     Tak, tak, znowu jestem chora. Znowu byłam u lekarza. Znowu dostałam bezsensowne leki, przykazanie, żeby wyleczyć infekcję, a za tydzień pojawić się na kontroli. Była mowa o jakichś wziewnych na ten mój kaszel. Szczerze mówiąc, to ja już mam dość i lekarzy, i lekarstw, i chorób. Marzy mi się powrót lekkiego oddechu, zero ciężaru na klacie i ani kaszlnięcia cały dzień. Pomarzyć dobra rzecz :) Niedźwiadek też coś pokasłuje. Jesteśmy samonapędzającą się machiną: on zaraża mnie, ja jego.

     Byłam w Urzędzie Pracy. Nie mają dla mnie ani stażu, ani kursów. Dali mi namiary na miejsca, gdzie mogę się ewentualnie o kursy popytać. Z tym, że w jednym już nawet byłam i się nie kwalifikuję. Odesłali mnie gdzieś indziej. Tak coś czuję, że w większości miejsc będzie to samo. Ale jak wyzdrowieję wreszcie porządnie, to pochodzę i popytam. Dobrze, że chociaż ubezpieczenie zdrowotne wciąż mi przysługuje, bo coś chorowita jestem ostatnio :D

     No i co… No i nic. Nie mam na nic siły, pół dnia przespałam i coś czuję, że zaraz walnę w kimę dalej. Albo wezmę śrubokręt i wydłubię sobie zawartość zatok przynosowych :) Dobranoc.

Dałby Bóg, żeby Boga nie było, ale jeśli...
Autor: innam
01 lutego 2011, 12:23

     Koniec epizodu szpitalnego. Po słodkim weekendzie kuracji antybiotykowej, Niedźwiadek doszedł do siebie, a wczoraj dostaliśmy wypis. Przed wyjściem rozmawiałam jeszcze z chłopakami, którzy zostają i uświadomiłam sobie, że w wielu wypadkach sytuacje rodzinne uniemożliwiają im szybkie dojście do zdrowia. Albo dojście do zdrowia w ogóle. Problemy małżeńskie, odrzucenie przez rodzinę, czy też bycie przez nią traktowanym jak śmieć… To wszystko dobija. I nawet w szpitalu nie da się od tego uciec. Jeden świeży ostry świrek zdążył mi jeszcze zepsuć głowę przed wyjściem tekstami w stylu: „muszę wyjść ostatni z tego szpitala, bo inaczej wszyscy umrzecie” :) Chłopaki się powzruszali, wycałowali mnie i wyściskali, z Niedźwiadkiem tak samo i… wolność.

     Od razu ze szpitala poszliśmy na umówione spotkanie do znajomego, który ze szpitala wyszedł ponad tydzień wcześniej. Zaprosił nas do siebie, Niedźwiadek miał ostrzyc jego synka. Kupiliśmy wino. Śliczne mieszkanie, sympatyczna żona, fantastyczne dzieciaki… Było raczej miło, chociaż miejscami dziwnie. Jakoś nie na miejscu wydaje mi się wylewanie swoich najgłębszych żali przy w sumie mocno świeżych znajomych. A już zupełnie niezręcznie zrobiło się, kiedy staliśmy się świadkami sceny małżeńskiej. Jakieś zdrady, rzucania telefonami, no masakra… Całe szczęście, że akurat to się wydarzyło pod koniec naszej bytności tam i wyjście 10 minut przed czasem nie wyglądało tak źle. Przyznać jednak muszę, że jakoś mnie to mocno w środku poruszyło i zestresowało.

     Pojechaliśmy też do centrum. Kolega ze szpitala załatwił Niedźwiadkowi kupon na darmowe badanie wzroku i rabat na okulary, tak więc nie można było nie wykorzystać sytuacji. Okazało się, że ma całkiem niezłą wadę wzroku, hehe [tak, tak, to pierwsze badanie wzroku w jego życiu]. Ale oprawki babeczka zaproponowała naprawdę ekstra. Moja Mięczyzna wygląda w nich megasexy. Idealnie pasują. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mogli je odebrać :) Przy okazji naprawiłam swoje okulary. Potem jeszcze szybkie zakupy i… poszliśmy spać o godzinie 20.00 :D Hehehe. Ten dzień nas zmiótł ;)

     Wciąż nie mogę uwierzyć, że on już wrócił na stałe. Że już nigdzie nie zniknie za dzień czy dwa. Aż dziw bierze, że to przetrwałam. Samiusieńka… A obok tego fenomenu proza życia. Popłaciłam rachunki i wyjść z podziwu nie mogę, że takie wysokie ;) A jutro mam spotkanie z pośrednikiem pracy. Jeśli nic mi nie zaproponuje, zapytam się o jakieś kursy. Niech się ten Urząd Pracy na coś wreszcie przyda. No i niestety będę musiała iść do lekarza znów. Kaszel nie minął. Cholera wie, co mi jest. :)

tydzień III, dzień 4
Autor: innam
27 stycznia 2011, 11:23

     Widzicie, co oni nam zrobili z blogami? Nie dość, że reklam i tak zawsze było dużo, to teraz w notki nam wplatają swoje zasmarkane zielone słówka. Muszę przyznać, że forma podtykania mi linków pod słowa mnie totalnie zniesmacza i odstręcza. Po raz kolejny naszła mnie myśl o zmianie serwisu. Nie wiem już, mam ochotę napisać do administracji ze skargą. Ja wszystko rozumiem, serwis zarabia na reklamach, wtyka nam je wszędzie, ale pierwszy raz w życiu spotykam się z ingerencją w tekst! To nie powinno mieć miejsca. Nie podoba mi się to. I w dodatku przedłuża ładowanie się stron, muląc komputer i powodując zawiechy, jak mam naotwierane dużo okienek. O nie, nie. To już cios poniżej pasa.

     A u mnie jakoś leci. Mimo stosunkowego przyzwyczajenia się do sytuacji, wciąż nie mogę poradzić sobie z tęsknotą za codziennością z Niedźwiadkiem. Co by nie robić, jak się nie wyginać, zawsze czuję ten brak. Wczoraj była u mnie Sis, gadałyśmy, byłyśmy razem w odwiedzinach w szpitalu, a potem zaprosiłam ją do siebie na obiad. Dobry dzień i szybko minął, co ma dla mnie niemałe znaczenie. Sis zobaczyła szpital od środka i stwierdziła, że wygląda jak każdy. Chyba zaskoczyła ją… zwyczajność. Spodziewała się świrów w kaftanach obijających się o ściany :)

     Moje problemy zdrowotne trwają, chociaż złagodniały. Wieczorami nadal zdarza mi się kaszleć, ale to już nie to samo. Muszę niestety przyznać, że leki na alergię dają mi poczucie bycia nadmuchaną, spuchniętą, wielką toczącą się kulą. Nie chciałabym ich brać całe życie, bo nie za dobrze się po nich czuję we własnej skórze. Minął już tydzień od zaczęcia ich stosowania a ja kaszlę wciąż. Jeśli za tydzień będę kaszleć dalej, nawet mniej, to i tak się do lekarza znów wybiorę. Niech szukają głębiej :) I – jasna cholera – znowu napierdziela mnie szczęka. Może jednak trzeba będzie pousuwać te moje nieszczęsne ósemki? Ostatnio nawet uszy kazałam sobie sprawdzić, czy to nie od nich, ale uszy w porządku. Cholerna pierdzielona szczęka i równie pierdzielone, wcale niechciane, zęby mądrości.

     We wczorajszym mailu żaliłam się, że Niedźwiadek ma grypę i muszę leczyć go na własną rękę, bo szpitale państwowe nie przewidują dla chorego więcej niż polopiryna w takim przypadku. Muszę jednak odwołać swoje słowa, po TYGODNIU chorowania Niedźwiadek dostał antybiotyk. No w porę :) Oczywiście nie został zbadany. Szkoda tylko, że już pół oddziału choruje. W ogóle trochę nerwy mnie łapią na podejście do chorych w tym konkretnym miejscu. Niby szpital, a nie ma dostępu do zwykłego internisty. Niby miejsce, gdzie ludzie mają dojść do siebie i odzyskać chęć życia, a karmi się ich jak zwierzęta [mam na myśli zarówno jakość, ilość, jak i sposób podania żywności]. Z psychologiem chory spotyka się tylko dwa razy w ciągu pobytu w szpitalu. Przecież to śmieszne! Psychoterapia w większości wypadków jest podstawą. A tu co? Echhh, szkoda gadać :)

     Ktoś ostatnio zapytał mnie, czemu nie opisuję historii pacjentów, które w rozmowie opowiadam. Nieraz się nad tym zastanawiałam, czy więcej byłoby plusów czy minusów. Plusy to na pewno zwiększenie świadomości społecznej, dotyczącej chorób psychicznych. Ja jednak mam poczucie, że to nie jest moją misją [chociaż czasem nawet bym chciała, bo wiem na ten temat dużo], historie czyichś tragedii powinny być publikowane za zgodą. Czuję, że one nie są moje, że nie powinnam tutaj zdradzać traumatycznych wydarzeń z czyjegoś życiorysu nawet, jeśli nie podaję nazwisk. Z szacunku dla tych ludzi. Choć nie zaprzeczam, że byłoby to kształcące, rozwijające wrażliwość i cenne.

     Pragnę jeszcze rozbić mit chorych psychicznie jako ludzi z niskich warstw społecznych, prostych i niewykształconych. Tacy są tam też, owszem. Ale między nimi są prawnicy, lekarze, prezesi firm, dyrektorowie, historycy sztuki, policjanci…Z moich obserwacji wynika, że na chorobę psychiczną czy tzw. słabość psychiczną składa się wiele różnych czynników. Od predyspozycji fizycznych, tj, chemii i budowy mózgu czy też genów [chorzy psychicznie w rodzinie], przez czynniki środowiskowe, czyli np. patologia w rodzinie, towarzystwo, bieda. Aż po uruchamiacze procesu chorobowego, czyli zdarzenie traumatyczne bądź narkotyki czy alkohol. Jestem w stu procentach przekonana, że trzasnąć może ten pierun w każdego z nas, tylko każdy ma inny próg znoszenia obciążeń życiowych.

     Na koniec napiszę, że od paru dni mam totalnie dość tematyki szpitalnej. Chciałabym móc już przestać pisać o czymkolwiek z tym związanym. I głęboko wierzę w to, że Niedźwiadek opuści to miejsce w poniedziałek, do czego oboje będziemy dążyć. Znowu wróci normalne życie bez słowa na temat chorób wszelakich :)

tydzień III, dzień 1
Autor: innam
24 stycznia 2011, 13:22

     Ten weekend to było właśnie to :) Wyspałam się, wypoczęłam, nabrałam sił. I nigdzie nie poszliśmy, tylko spędziliśmy ten czas we dwoje. Się Niedźwiadka czepiło przeziębienie i go kurowałam, bo taki biedny był. Dla mnie to nawet lepiej, naprawdę chciałam mieć go tylko dla siebie. I miałam. Tak wiele, że pewnie po wszystkim sąsiadka zza ściany odpalała papierosa ;) Dzisiaj znów odwiozłam go do szpitala, ale jestem pełna nadziei, że jest to ostatni tydzień tam. Lekarz powiedział, że dostanie przepustkę na przyszły weekend i jak w poniedziałek wszystko będzie ok., to dostanie wypis. Także całkiem możliwe, że to już ostatni tydzień moich i jego mąk.

     W domu mam pobojowisko. Ale naprawdę, dzisiaj ogarnę tę kuwetę. Zbiorę się w sobie i ogarnę :D Muszę też wreszcie rozebrać choinkę, bo wciąż stoi. Mam trochę więcej czasu, bo wizyta dzisiejsza już za mną, więc mogę się brać ;) I duuużo więcej sił. Tylko okulary mi się rozpadły, kurde. Szkło wyleciało. Trzeba będzie do optyka się wybrać, żeby mi naprawił. I specjalnie po to do centrum jechać, co jest mi wybitnie nie na rękę. Ale chce się widzieć, to trzeba się poświęcać.

     Wkurzyłam się ostatnio na oszukańców w sieci, którzy drwią z człowieka poszukującego pracy. Jak co dzień  oglądałam ogłoszenia o pracę w moim regionie, od razu w oczy wpadła mi praca biurowa. No więc rach ciach, maila wystosowałam, cv załączyłam i czekam [jako, że napisane było, że odpowiadają na każdą ofertę]. A tu mi przychodzi odpowiedź z linkiem do zarejestrowania się na jakiejś głupiej stronie do gier na prawdziwe pieniądze. Zapewniają, że można na tym zarobić do 2000 dziennie, jasne :D No ale nie łamię się jeszcze, oferty przeglądam cierpliwie, cv wysyłam i wierzę, że kiedyś ktoś zadzwoni.

     Okazało się, że w sali chłopaków wszyscy chorzy. Czyli jakieś wirusisko po szpitalu grasuje. A ja o dziwo jeszcze nie podłapałam. Dobry znak. Oprócz tego poinformowano mnie, że mogę się starać o zasiłek pielęgnacyjny. I się postaram, bo stówka miesięcznie piechotą nie chodzi, szczególnie w naszej sytuacji. Tylko niech ten szpitalny czas się wreszcie skończy.

     Już teraz oboje wiemy, że po szpitalu zacznie się nowe, lepsze życie. Jestem o tym przekonana :)

tydzień II, dzień 4
Autor: innam
20 stycznia 2011, 17:00

     Oeeesu, jaka ja jestem dzisiaj słaba. No normalnie bez sił. Gdyby nie to, że załatwiałam jednemu chłopakowi ze szpitala baterię do komórki, to chyba bym nigdzie nie pojechała. I tyle ze mnie korzyści tylko było, że tę baterię dostarczyłam i Niedźwiadkowi zakupy zrobiłam. I ten listonosz dzisiaj rano. Wiedziałam, że przyniesie tę baterię [zamawiałam w sklepie internetowym, bo nigdzie na mieście nie mieli], więc specjalnie wstałam wcześniej [zawsze przychodzi koło 9.30], nie wysypiając się przy tym, żeby nie otworzyć mu w piżamie. No ale 10.00 wybiła i nic. Więc poszłam myć włosy. A listonosz co? Zapukał akurat wtedy :) Się ma to szczęście. No ale przynajmniej ten, dla kogo baterię zamawiałam miał dzisiaj radość i zajęcie na resztę wieczoru w oczekiwaniu na piątkową przepustkę. Wcześniej wróciłam, bo nie do życia jestem. I jeszcze z głodu padałam, a leki wziąć trzeba poobiednie. Więc jako osoba dbająca o linię zjadłam na obiad dwie dietetyczne drożdżówki z dietetyczną marmoladą i równie dietetycznym lukrem. Popijając dietetyczną kawą z cukrem i dietetycznym mlekiem 3,2%. Ale naszło mnie na gotowanie, kapustę duszę z wołowiną. Z puszki ta wołowina, ale pychota. Zresztą moje danie popisowe. Sobie Niedźwiadek jutro zje. Jak widać powoli wracam do jakichś aktywności. Wróciłam również do pracy nad korektą, co to ją tam sobie na bieżąco robię. Trochę czasu i do wszystkiego się człowiek przyzwyczaja.

     Myślałam sobie dzisiaj pod kątem tych naszych kilkudniowych ciągłych rozłąk o tym, jak ciężko mają kobiety, których mężowie są poza domem większość tygodnia. Wiem, że czasy mamy jakie mamy, nie jest łatwo. Ale nie chciałabym kiedyś czuć się tak, jak czuję się teraz bez perspektywy, że to się kiedyś skończy.

     W ogóle po tym tygodniu jestem wykończona. Niedźwiadek już mi dzisiaj taki nabuzowany energią opowiada, co to my nie będziemy w weekend robić, gdzie pójdziemy i w ogóle, a ja sobie pomyślałam, że najchętniej to bym spać poszła w porywach do oglądania filmów z łóżka :D Pewnie mi to przejdzie, jak trochę odeśpię niedospane noce i odpocznę od tych codziennych wypraw.

tydzień II, dzień 3
Autor: innam
19 stycznia 2011, 19:24

     Już się przeraziłam, że pisanie zostanie mi odebrane. Przez dwa dni miałam zablokowany dostęp do serwisu, ale wszystko wróciło do normy.

     Ponad miesiąc kaszlu i zmutowanego głosu z napadowymi kaszlami prowadzącymi niekiedy do wymiotów skłonił mnie do odwiedzenia lekarza. Osłuchała mnie, obejrzała, ale nie ma nic. Dała mi leki na alergię i jakieś syropy wspomagające, no i zobaczymy. Jak mi w ciągu 2 tygodni nie przejdzie, to dostanę skierowanie do laryngologa. Ale niech jednak przejdzie, bo strasznie się męczę.

     Jakaś jestem przewrażliwiona ostatnio, wczorajszy dzień mnie wyprowadził z równowagi. Najpierw spalił mi się przedłużacz, na którym stała lodówka, pralka, czajnik i piekarnik, czyli najważniejsze sprzęty w domu. Strzelał iskrami, więc z [rozwalonego] kontaktu wyciągałam wtyczkę w gumowych rękawicach. Wielkimi krokami zbliża się moment, kiedy będzie trzeba zawołać elektryka do wymiany tablicy rozdzielczej, a jak będzie już wymieniona, Niedźwiadek ponaprawia gniazdka. Ale to dopiero, jak wyjdzie ze szpitala. Oczywiście przedłużacz musiał się spalić, jak wychodziłam z domu. A przecież nie zostawię wyłączonej lodówki, bo jak bym wróciła, to byłaby powódź. Więc szukaj człowieku rozwiązania, jak podłączyć wszystko i gdzie, żeby działało. W dodatku śmieci mi się rozpłynęły i podłoga od kuchni do drzwi wyjściowych jest upstrzona śladem soku buraczanego. Liczba szpetnych przekleństw na mych ustach była niezliczona. Wszyscy ludzie w autobusie mnie irytowali, a najbardziej wrzeszczące dzieci. Humor poprawili mi dopiero chłopcy w szpitalu ;) Napisać o nich „krejzole” byłoby nie na miejscu, ale naprawdę… Są niesamowici. W dodatku przez Niedźwiadka stałam się szpitalną gwiazdką, bo głupek nagrał sobie na empetrójkę moje piosenki, co to je z Młodym robiliśmy, gdy miałam z 18 lat. Nikt mi teraz nie przepuści i od każdego słyszę, że marnuję talent, mam piękny głos. Taki jeden młody fajny mnie po rękach wycałował i powiedział, że jedna z piosenek jest genialna, hehe. W ogóle to polubiłam bywanie tam.

     Pogadałam wreszcie z Sis. Zdenerwowała się na mnie, że jak zwykle milczę o swoich problemach, ale… jednocześnie wszystko od razu tak dobrze zrozumiała. Zrozumiała co czuję, czego potrzebuję. Nie musiałam nic mówić. Jakby czytała mi w myślach. Dobrze, że jest. W przyszłym tygodniu chyba zabiorę ją ze sobą do szpitala, bo jest ciekawa, jak to wygląda od środka. Dobra lekcja poglądowa ;)

     Jadąc dziś do domu uśmiechałam się do siebie [pomijając lęk o życie, bo albo kierowca autobusu był pijany, albo ekstremalnie niewyspany, jechał 40km/h, omijał przystanki, zapominał wysadzić lub zabrać ludzi… obijał się kołami o krawężnik… masakra]. Jeden z nich, facet starszy i doświadczony życiowo powiedział, że jestem wspaniałą kobietą i gdyby każdy miał taką, ten świat wyglądałby zupełnie inaczej. I że to wszystko, co robię wróży długi i szczęśliwy związek. Czuję wewnętrzny spokój, jaki daje poczucie wybrania właściwej opcji.

     Myślałam też o nich. Szpital psychiatryczny pełen jest ludzi, którzy nie udźwignęli ciężaru życia. Których traumatyczne, tragiczne, dramatyczne wydarzenia wgniotły w ziemię, sprawiły, że targnęli się na życie, wpędziły w inny-własny świat, zepchnęły na społeczny margines. A ich jedynym przewinieniem była wrażliwość. Kto nie widział tego na własne oczy, nie poznał tych ludzi, historii ich życia…. Ten wiele stracił. Takie doświadczenie zmienia postrzeganie świata.

tydzień II, dzień 1
Autor: innam
17 stycznia 2011, 17:21

     To był dobry weekend. Czwartek mieliśmy tylko dla siebie, w piątek przyjechała mama Niedźwiadka, którą od tej pory nazywać będę Teściową. Ten czas obfitował w refleksje. Refleksje o tym, że dobrze czasem mieć rodzinę. I że przykre, że cieszę się z posiadania rodziny nie-własnej, bo wiem, że moja własna w tej sytuacji nie byłaby mi wsparciem. Jak i w wielu innych, wyłączając może moją ewentualną poważną chorobę. Teściowa nagotowała domowych obiadków, mięsiwa duszonego w sosie i barszczu z robionymi własnoręcznie uszkami z grzybów własnoręcznie zebranych. Wieczorami, kiedy Niedźwiadek już spał, miałam nareszcie z kim pogadać przy drinku o tematach, które mnie obciążają. Może odrobinkę się wyżaliłam, chociaż nie wprost, bo ja nie z tych skarżących się. A dni mieliśmy cudne. Poszliśmy sobie we dwoje do knajpki, było jak na drugiej randce. On mówił mi jak pięknie wyglądam, a ja jemu jaki jest przystojny dziś wieczorem :D Zabraliśmy teściową na obiad, spacer po mieście i zakupy. Tylko pogoda złośliwa. Przez tydzień, jak Niedźwiadek był w szpitalu, świeciło piękne słońce. A na przepustce deszcz bite 3 dni. Wrócił do szpitala i znowu jest super pogoda. Cóż za standard.

     Ciężko mi zebrać w spójną całość wszystko, co chciałabym napisać. Niedźwiadek dochodzi do siebie i nie ma już śladu po depresji. Wczoraj wieczorem odwiozłyśmy go do szpitala, dzisiaj rozmawiałam z lekarzem, chce go potrzymać miesiąc, żeby dobrać odpowiednie leki i dawkę. Będzie mi go oddawał na przepustki w weekendy i prosił o zjawianie się po przepustkach, żebym konsultowała z nim reakcje na medykamenty. Miesiąc brzmi dla mnie jak wieczność, ale mam świadomość, że tyle wymaga dobra obserwacja. Ta świadomość nie broni mnie jednak przed byciem smutnym mazgajem od czasu do czasu ;)

     Teściowa popłakała mi się dwa razy. Raz jak żegnała się z synem, drugi raz jak ze mną przed odjazdem. Fajna kobieta. Nie gada za dużo, ale nie ma też parcia na rozmowę, kiedy są chwile ciszy. Generalnie czułyśmy się chyba swobodnie w swoim towarzystwie. I posprzątała mi kuchnię mimo tego, że kuchnia była sprzątnięta. Dzięki temu mam mniej do sprzątania teraz. Bo oczywiście jak goście wyjechali, to mam silną potrzebę posprzątać wszystko po swojemu. I użyć duuuużo odświeżacza powietrza… bo dwoje palaczy przez trzy dni… To nie mogło nie zostawić śladu ;) Zauważyłam, że po roku nie palenia przez Niedźwiadka znienawidziłam dym papierosowy i smród palacza dwa razy bardziej niż wcześniej.

     Zaczynamy kolejny tydzień zmagania z rzeczywistością. Aby do piątku.

dzień 6.
Autor: innam
12 stycznia 2011, 19:17

      Co za senny dzień. Już rano mi powieki ciążyły, teraz to samo. Jedyny pobudzający moment to odwiedziny u Niedźwiadka. Przeniósł się dzisiaj do sali chłopaków, których polubił najbardziej. Przedstawił mnie i powiem Wam, że… było jak na spotkaniu towarzyskim, hehe. Strasznie fajni faceci. Młody, przystojny i wytatuowany Tomek [ciacho, naprawdę ciacho], który opowiedział mi o swojej agroturystyce i pasji do hodowli ozdobnych ptaków oraz zaprosił na jakiś weekend na grilla i przekimanie w którymś pokoju dla gości. Schizofrenia organiczna. Zbyszek na wózku, świetny koleś, ukradli mu przedwczoraj telefon, ale nie za wiele o sobie opowiadał. I jeszcze najstarszy, najbardziej rozgadany. Koło sześćdziesiątki. Jego żona zmarła na raka, ożenił się ponownie i niedawno popełnił trzecie prawie-samobójstwo. Doradzał Niedźwiadkowi, jaki pierścionek powinien mi kupić i do jakiej knajpy zabrać na przepustce, żebym była zadowolona :D  Świetni ludzie. Tego młodego mam ochotę kiedyś do nas zaprosić, jak już wyjdzie. Strasznie miły, dobry chłopak. Nie miałabym nic przeciw utrzymywaniu z nimi wszystkimi kontaktów po opuszczeniu szpitala. W ogóle dzisiejsza wizyta była zupełnie inna niż poprzednie. Ta sala ma w sobie jakąś lepszą energię, może dzięki jej mieszkańcom, którzy jednak kontaktują z rzeczywistością zdecydowanie więcej niż ci z poprzedniej.

      I trzymam kciuki, żeby nic nie stanęło na drodze jutrzejszej przepustce :)

 

      PS: Leki na alergię chyba działają. Już nie kaszlę tak przeraźliwie, głos wyraźnie się poprawił, a noce przesypiam jak niemowlę [do tego stopnia, że mam trudności ze wstawaniem rano;)]. Aby ku lepszemu!

dzień 5.
Autor: innam
11 stycznia 2011, 18:15

     Najwcześniej w czwartek, najpóźniej w piątek Niedźwiadek do mnie wraca na trzy dni :) Tak strasznie nie mogę się doczekać i tak bardzo się cieszę, jakbyśmy nigdy nie mieszkali razem a to było jedno z pierwszych spotkań w ogóle. Niechże ten czas leci!

     Moje dni koncentrują się wokół najważniejszego punktu – wizyty w szpitalu. Codzienne wyjazdy weszły mi już w krew. Cała reszta stała się nieważna. Już 6 dni noszę się z zamiarem wykupienia sobie mojej recepty, a ciągle o tym zapominam [za to zakupy dla niego robię z perfekcyjną dokładnością, co do produktu]. Naczynia pozmywałam dzisiaj pierwszy raz od piątku. Codziennie przed zaśnięciem mówię sobie, że powinnam poprać sobie spodnie, bo już nie mam w czym chodzić, a rano że pranie nastawię jak wrócę ze szpitala. I tak to się kręci. Dopóki nie przyzwyczaję się do zaistniałej sytuacji lub dopóki pełnoetatowo nie wróci do mnie Niedźwiadek, nie będę umiała podjąć normalnych życiowych aktywności. Nie wiem nawet, co powinnam sobie kupować do jedzenia. Dla siebie nie chce mi się nic gotować. Moim natchnieniem bywa szpitalny obiad. Ostatnio mieli pierogi z kaszą, więc stwierdziłam, że kupię sobie pierogi, tyle że ruskie [dzięki temu odkryłam całkiem fajną pierogarnię dwa bloki obok mnie].

     A propos szpitalnych obiadków. Moje obserwacje menu szpitalnego prowadzą mnie do wniosku, że zarówno wielkość porcji, jak i jakość żywności pozostawia wieeeele do życzenia. Poczuj się lepiej dorosły mężczyzno na zupie mlecznej, gdzie mleko w części płynnej stanowi 50%, a do tej zupy dostajesz 2 kromki chleba z masłem. Rano i wieczorem. Ostatnio się śmialiśmy z Niedźwiadkiem, że zaszaleli, bo dodali po parówce do tych dwóch kromek. To już coś!

     Niedźwiadkowi wrócił apetyt, znów ma ochotę śpiewać, spacerować, bawić się, gadać. Zaczął też palić. Ale – choć mi przykro, to w to wierzę – wszyscy mówią, że w psychiatryku się pali i nie da się od tego uciec. Myślę, że jak wyjdzie, to znowu rzuci. Bardzo chce wyjść już w czwartek, jutro będzie o tym gadał z lekarzem. Zobaczymy.

     Gadam też trochę z innymi pacjentami. Jeden obiecał mi załatwiać robotę, jak wyjdzie :D Hehe. Wszyscy już wiedzą, że jestem po polonistyce. A Niedźwiadek jest najbardziej lubiany. Jakoś mnie to nie dziwi ;) Rano zadzwonił do mnie, że jeden chłopak pije kawę ze słoika i czy bym nie mogła mu załatwić kubka. Więc przywiozłam mu kubek, gdybyście widzieli jak się cieszył! I jeszcze się martwił, czy mu go nie ukradną. Inny świat, naprawdę inny świat. Większość ludzi tam nie ma nic swojego. Strasznie smutne. Obok zabawnych anegdot z życia pacjentów psychiatryka mogłabym przytoczyć też mnóstwo bardzo smutnych historii. Niektórzy z nich szpitala nie opuszczą nigdy. Inni nie mają do czego wracać. Jeszcze inni mają do czego, wracają, a niedługo potem znów trafiają do psychiatryka, bo zamiast brać leki zaczynają pić i ćpać. I tak sobie myślę… Jeśli czytają mnie osoby młode, to pragnę uświadomić Was, że ciężkie choroby psychiczne są w wielu przypadkach uruchamiane w mózgu przez popalanie zielska, grzyby halucynogenne i amfetaminę. Jak kto nie wierzy niech przyjdzie i popatrzy na dwudziestolatków, którzy prawdopodobnie już nigdy nie wrócą do normalnego życia. Niedźwiadek mawia, że jak się spędzi w takim miejscu trochę czasu, to się zaczyna dostrzegać, jakie piękne jest wszystko, co poza murami. Jak wiele można stracić.

     I nie mogę się doleczyć. To już miesiąc kaszlu i miesiąc zmienionego zapaleniem krtani głosu. Antybiotyk coś tam podziałał, ale jak widać nie do końca. Próbowałam zarejestrować się u lekarza, ale się spóźniłam. Matula coś tam wspomniała o lekach na alergię, żebym spróbowała. No i chyba popróbuję, bo po jednej tabletce dobrze przespałam noc i naprawdę czułam się świetnie. I głos jakby nieco lepszy. Zobaczymy.

dzień 4.
Autor: innam
10 stycznia 2011, 17:56

     Trochę się dzisiaj na sobie zawiodłam. Rano dzwonił Niedźwiadek, że rozmawiał z lekarzem i że powinien zostać pod obserwacją 4 tygodnie. Na hasło „4 tygodnie” od razu się załamałam. Jak ja tyle przeżyję? I co wymyślę, żeby nie wzbudzało podejrzeń? Rozłączyłam się i rozpłakałam. Humor siadł mi całkowicie. W szpitalu nie umiałam normalnie pogadać, bo ciągle chciało mi się płakać i właściwie to non stop płakałam. Jak głupia jakaś. A przecież dobrze wiem, że nie powinnam, bo przecież moje złe samopoczucie mocno oddziałuje na niego. I za nic nie mogłam wydusić z siebie, że to tylko dlatego, że po prostu nie mam z kim pogadać. Cóż, zgrywanie bohaterki mi nie wychodzi. Wszystko jednakowoż odkręciło się, kiedy powiedział mi, że będzie miał swobodnie przepustki na każdy weekend bez żadnego problemu. A co to dla mnie te 4 dni tygodnia, kiedy nie będzie ze mną w domu? Do przeżycia, jeśli w perspektywie są 3 dni razem :) Znów dzwoniła jego mama, chce przyjechać w piątek, kiedy Niedźwiadek wyjdzie na przepustkę. Myślę, że dobrze nam wszystkim zrobi jej wizyta. No i najważniejsze: Niedźwiadek czuje się już naprawdę dobrze, normalnie rozmawia, samopoczucie w tendencji rosnącej. Znalazł sobie towarzystwo, chłopaków w zbliżonym wieku, którzy trafili do szpitala z taką samą chorobą, z jaką on trafił za pierwszym razem. Dobrze mu to wszystko robi i naprawdę błyskawicznie wraca do siebie. Jestem napełniona nową otuchą i siłą. Już się nie mażę :)

     Ciągle próbuję wytłumaczyć Wam, że ja nie potrzebuję grup wsparcia. Nie potrzebuję nawet wsparcia na co dzień. Bo w okresie remisji [czyli między epizodami chorobowymi] Niedźwiadek jest normalnym, zdrowym facetem. Jak każdy inny. A epizod chorobowy zdarzył się pierwszy raz od ponad 3 lat! Więc to nie jest tak, że ja żyję w jakimś codziennym piekle zmagania ze straszliwą chorobą. Nie! Wsparcia potrzebuję teraz i tutaj. Bo jestem SAMA. Nie dlatego, że mam chorego chłopaka. Bo jego choroba to po prostu wrażliwsza psychika, nic poza tym. Ale dlatego, że nie mam z kim porozmawiać, bo muszę fakt jego pobytu w szpitalu ukrywać. Mi nie chodzi o fachowe wsparcie, bo takie mam, mam też potrzebną wiedzę, którą ciągle poszerzam. Chodzi mi o ludzkie poklepanie po ramieniu. Nie sądziłam, że takiego kiedykolwiek będę potrzebować, ale jednak. Choroba mojego chłopaka to dla mnie żadna tragedia i w szerszym wymiarze wcale nie taki wielki problem, my jej na co dzień nie odczuwamy. Ale teraz, kiedy jest w szpitalu, potrzebuję CZŁOWIEKA. Wciąż noszę się z zamiarem zadzwonienia do Sis. Ona jest w temacie, zna naszą historię. Ale jakoś tak… Tak jak zawsze, mam opory przed zrzucaniem swoich problemów na czyjeś barki i odrywania od życia dlatego, że ja potrzebuję pogadać. Nie umiem prosić o pomoc, nigdy nie umiałam. Może kiedyś się nauczę.

welcome to the real world
Autor: innam
09 stycznia 2011, 20:09

      Może faktycznie przesadziłam, biorąc pod uwagę stan wiedzy społecznej o chorobach psychicznych w naszym kraju. I może za bardzo wzięłam do siebie te słowa. Ale sama jestem w stanie takim, w jakim jestem, czyli w wielkiej tęsknocie i jeszcze większej miłości do Niedźwiadka, o którym wiem wszystko, a Wy wiecie niewiele. Objawiając tu swój „sekret” liczyłam na inny odbiór, przeliczyłam się i może to dobrze. Bo to tylko podtrzymuje mnie w przekonaniu, że nie warto informować o fakcie otoczenia, bo reakcja będzie jeszcze gorsza niż tutaj :) Jeśli kogoś uraziły moje słowa to przepraszam i przepraszam szczerze. Chciałabym już zamknąć ten temat i przejść nad tym do porządku dziennego. Może jeszcze tylko dodać na koniec, że chorzy psychicznie to nie zawsze świry z pianą na ustach i błędnym wzrokiem. Po Niedźwiadku nawet psychiatrzy nie poznają, że kiedyś był ciężko chory, bo jest roześmianym, ciepłym, rozgadanym chłopakiem. A chorych jest więcej, niż byście sobie kiedykolwiek mogli wyobrazić. Wśród moich znajomych mam 6 chorych psychicznie, trzech schizofreników w tym. Dwóch w stałych związkach. No i to tyle w temacie. Co chciałam powiedzieć, to powiedziałam. Teraz wracam do normy.

      Niedźwiadek ma się dużo lepiej. Przetrwał weekend, a od jutra zaczną się konkrety, przyjdzie lekarz, z którym porozmawia on, a potem porozmawiam ja. Zobaczymy, co powie. Zadzwoniła do mnie mama Niedźwiadka, płakała mi strasznie w słuchawkę i nie dała sobie wytłumaczyć, że żadna tragedia się nie dzieje, że po prostu poczuł się gorzej i sam zgłosił, że w każdej chwili ze szpitala może wyjść na własne życzenie. Uspokajałam ją chyba z 5 minut, ale w sumie nie dziwię się po tym co przeszła. W porównaniu z tamtym teraz jest naprawdę dobrze. Śmialiśmy się dużo, ale powiem Wam szczerze, że szpitale psychiatryczne są źle skonstruowane. Czy tam oddziały. To powinno być jakoś inaczej zrobione. Bardziej chorzy z bardziej chorymi itd. A tu mój ukochany trafił z ludźmi naprawdę ciężko chorymi, z którymi nie da się ani pogadać, ani nic. Dopiero dzisiaj gdzieś na jakiejś dalekiej sali udało mu się porozmawiać z kimś, kto jest w stanie rozmawiać „normalnie”. Się czasem śmiejemy, że w porównaniu z nimi wszystkimi to on zdrowy jak rydz. Jeden z jego sali mnie normalnie przeraża. Wzrok ma taki, że jakby mu dać w łapę kij, to by zatłukł bez mrugnięcia okiem :D A poważnie, to tam sami naprawdę biedni ludzie. Z domów opieki przeważnie, bez rodziny, bez nikogo bliskiego. Wielu odwiedzających to tam nie ma.

      Odwiedziłam rodziców, jako że siedzenie w domu mi nie wychodzi. Parę dawno nie słyszanych wrednych tekstów Matuli, dwie partyjki w rzutki, obiad i do domu. Po 15 minutach z mamą myśl o zostaniu na noc odeszła mi od razu. Wolę swoją samotność niż równanie mnie z glebą co chwila :)

      Niedźwiadek się wycwanił i ominęła go kolęda. Ponieważ uznałam, że jestem dorosła, to trzeba było podjąć dojrzałą decyzję. Do kościoła nie chodzę, żyję w grzechu [konkubinacie, jak to dziś trzykrotnie moja matula najdroższa podkreśliła], więc przyjmowanie księdza byłoby hipokryzją z mojej strony. Uznałam więc, że kulturalnie stawię czoła sytuacji. Zakradł się pod drzwi jak ninja. Nie usłyszałam kroków. Zapukał, otworzyłam… Przywitałam się, powiedziałam, że ja za wizytę dziękuję a on… Nic. Ani dzień dobry, ani do widzenia, ani pocałuj mnie w dupę. Odwrócił się na pięcie i poszedł. Człowiek chciał być grzeczny, nie chciał udawać, że go nie ma jak niektórzy [co osobiście godziłoby w moją dumę ;)], a tu taka reakcja. Hehe.

      Było dzisiaj tyle słońca, że pomyślałam o marcu. To już właściwie niedaleko :) Mam w sobie więcej miłości, niż myślałam. I… może to zabrzmi głupio. Ale zakochuję się w nim na nowo. Ta sytuacja pokazuje mi, jak wiele jest między nami, jak wiele mamy. Im lepiej się czuje, tym mocniej i radośniej bije mi serce na jego widok. Tym więcej znaczy moja ręka w jego. Szybki i nerwowy pocałunek, kiedy nikt nie widzi. Przytulenie na pożegnanie... Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Po prostu nie.

parę słów w temacie
Autor: innam
09 stycznia 2011, 10:52

     Nie lubię czuć się popchnięta do bronienia się. Nie chce mi się tłumaczyć, że schizofrenii są różne rodzaje i nasilenia. Nie chce mi się objaśniać, że ta choroba może dotknąć każdego i ujawnić się w każdym momencie życia. Że prawdopodobieństwo tego, że Niedźwiadek pchnie nożem mnie czy moje ewentualne dzieci jest takie, jak prawdopodobieństwo, że Ty chwycisz za nóż i zaszlachtujesz swoją rodzinę. Albo zrobię to ja. Albo Twój mąż. Matka czy ojciec. Nie chce mi się gadać o tym, że to choroba jak każda, że wprowadza dysfunkcje w rodzinie takie, jak każda inna i nie będę pytać, czy zostawisz żonę czy męża dlatego, że zapadnie na powiedzmy nerwicę czy depresję [o chorobach fizycznych nie wspomnę, one też zmieniają psychikę człowieka, ale zaraz ktoś mi zarzuci, że przecież to nie to samo]. Bo nasilenie choroby mojego Niedźwiadka można przyrównać właśnie do silnej nerwicy czy depresji. Wybrałam Niedźwiadka dlatego, że jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało. I nie zostawię go dlatego, że czasem gorzej się czuje, że teraz jest w szpitalu tak samo, jak nie chciałabym, żeby on w takiej sytuacji zostawił mnie. I jeszcze najważniejsze: schizofrenia nie polega na ATAKACH, na Boga! To nie jest tak, że ktoś w jednej chwili zaczyna świrować. To jest stopniowe i powolne pogarszanie się samopoczucia, które wychwytuje sam chory, jak i osoby z nim przebywające. Zupełnie jak w depresji. Się wtedy idzie do lekarza i dostaje leki i się je bierze, bo to choroba jak każda inna. Ale o czym ja tu mówię… Jestem z nim od 2 lach, znam trzy i to pierwsza sytuacja, w której poczuł się gorzej. Czy naprawdę uważacie, że to takie straszne i ciężkie? Raz na trzy lata? Hehe.

     Może mnie poniosło, nie wiem. Ale komentarz o pchnięciu nożem mnie czy moich dzieci mnie dotknął. Jak można tak ocenić człowieka, nie mając pojęcia kim jest. Nie wiedząc, że nigdy w życiu nie skrzywdziłby muchy, że jest arcywrażliwą osobą, którą bardzo dotyka cierpienie innych. Wystarczy powiedzieć „schizofrenia” a ludzie czytają „morderca”. Naoglądają się filmów, a potem takie są skutki. Za to właśnie nienawidzę tego świata. To, że skrzywdził SIEBIE nie oznacza, że skrzywdziłby kogoś. Samobójstwo nie wynika z nienawiści, tylko ze strachu czy rozpaczy. Ludzie!

     Chciałam trochę zrzucić z serducha, bo fakt choroby Niedźwiadka ukrywam przed wszystkimi. Tylko Sis wie. Może oczekiwałam odrobinki wsparcia. Nie wiem, czegoś w stylu, że Niedźwiadek na pewno szybko wyjdzie i wszystko będzie dobrze. Niestety zawiodłam się. Widocznie choroby psychiczne to dalej w tym kraju takie tabu i takie dziwactwo, że nie znajdę zrozumienia nawet tutaj. Ale to nie pierwszyzna. Dziękuję jednakże za słowa wsparcia, które mimo wszystko się pojawiły. To dla mnie ważne. Jednakże na przyszłość po wsparcie będę się zwracać do ludzi, którzy rozumieją temat, bo w ten sposób to zamiast poprawić sobie humor i poczuć lepiej – pogrążam się tylko. Chcę tylko powiedzieć, że będę bronić Niedźwiadka zawsze i do końca życia, choćby nawet kiedyś nam nie wyszło i rozstały się nasze drogi. To najlepszy człowiek, jakiego znam i mój najlepszy przyjaciel. Znam go ponad trzy lata, od roku z nim mieszkam i bardzo proszę o nie nazywanie go kimś, kto jest zdolny do skrzywdzenia drugiej osoby. Bo to obraża zarówno mnie, mój rozum i rozsądek, jak i jego.

     A tym czasem idę się szykować, bo jadę do niego do szpitala :) Życzę wszystkim udanego dnia! I dużo zdrowia :)

spowiedź dziewczyny schizofrenika
Autor: innam
08 stycznia 2011, 20:05

     Stwierdzenie, że mogłabym o tym książkę napisać jest zbyt duże, bo dopiero niedawno zaczęłam zdawać sobie sprawę, co to wszystko tak naprawdę oznacza. Słowo „schizofrenia” przeraża większość ludzi i większość też boi się schizofreników prawie tak, jak seryjnych morderców. Ponad dwa lata temu usłyszałam je pierwszy raz z ust człowieka, który już wtedy znaczył dla mnie wiele. Parę lat temu pod wpływem silnego stresu miał epizod chorobowy pod znakiem psychoz i urojeń, które doprowadziły go do pchnięcia się nożem kuchennym w serce. Trzy miesiące w szpitalu psychiatrycznym i został przywrócony światu. Nic - oprócz wielkiej blizny po operacji ratującej mu życie - nie wskazywało na to, że przeszedł kiedyś takie piekło. Dwa lata żyliśmy prawie normalnie, jak na parę, gdzie jedna osoba jest w okresie remisji, a druga zdrowa. Razem chodziliśmy do psychiatrów na konsultacje, gdzie dowiedziałam się, że zespół paranoidalny może wystąpić raz i nigdy nie powrócić, ale chory ma psychikę bardzo słabą. Słaba psychika zaczęła dawać o sobie znać przed świętami, kiedy to przeszedł szereg badań, o których już pisałam. Osoba zdrowa kiepskie wyniki badań przyjmie z niepokojem, zacznie o siebie dbać i w końcu przejdzie nad sprawą do porządku dziennego. Osoba chora roi sobie, że kiepskie wyniki badań są spowodowane przez raka, AIDS czy inną śmiertelną chorobę i martwi się tym do tego stopnia, że nie sypia po nocach, nie może myśleć o niczym innym, cała drży i pocą się jej ręce. Na nic próby racjonalnego wyjaśnienia problemu, na nic tłumaczenia. Osoby chorej nie przekona nic. Miałam nadzieję, że coś się w nim po świętach uspokoiło, wcześniej przebąkiwał coś o chęci trafienia do szpitala, ale sama myśl o tym wywoływała mój wybuch płaczu i koniec końców odwiodłam go od tej myśli, stawiając na pomoc lekarza i zmianę leków bądź dawki. Złudna jednakże była moja nadzieja poprawy. Nie chciał mnie martwić i ukrywał swoje cierpienie przez kolejne dni, nie dość skutecznie, bowiem doszło między nami do awantury po kolejnym dniu, kiedy przestał ze mną rozmawiać, kiedy w nocy odwracał się do mnie plecami i unikał kontaktu, co w warunkach dzielenia mieszkania i łóżka jest nie dość, że trudne, to jeszcze niekomfortowe. Płakał i mówił, jak bardzo się boi, że nie może przestać o tym myśleć, że już nie wytrzymuje. Zdecydowaliśmy, że bez szpitala się nie obejdzie. Przepłakałam całą noc. Ostatnimi czasy nie układało się między nami dobrze, nie układało się wcale. Miałam wrażenie utraty bliskości i tej nocy – mimo świadomości choroby – winiłam go za to, że nie czuję się kochana, że mimo bycia z kimś czuję się ekstremalnie samotna i pozostawiona sama sobie. Potem przyszło opamiętanie. W piątek rano poszedł do lekarza po skierowanie, spakowaliśmy go i razem pojechaliśmy do szpitala. Został przyjęty od razu. Kiedy weszliśmy na oddział, otoczyła nas grupa chorych. I to naprawdę chorych. Ktoś tam się witał, ktoś całował w rękę. Drzwi otwierał i zamykał wyznaczony pracownik. Usiedliśmy w świetlicy. Płakaliśmy. On mnie przepraszał za wszystko, a ja nie mogłam nic powiedzieć przez łzy. Wiedzieliśmy oboje, że to najlepsze rozwiązanie. Pora obiadowa, musiałam już iść. Popłakałam się jeszcze przy wyjściu. Snułam się w kierunku domu jak duch. Nieprzespana noc dała się we znaki. Byłam wykończona. Wykończona, ale nie wyobrażałam sobie snu tej nocy. Uśmiechnęła się do mnie wódka jeszcze z Sylwestra, która nietknięta leżała w lodówce. Drink za drinkiem topił powoli poczucie tej cholernej pustki, tej beznadziejnej ciszy. Długo nie mogłam zasnąć i po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak bardzo kocham tego człowieka. Następny dzień był już lepszy. Pogodziłam się z sytuacją, już nie płakałam bez przerwy. Zrobiłam mu zakupy i zawiozłam. Dzisiaj wyglądał już o niebo lepiej. Wyspał się wreszcie. Dostaje zastrzyki. No i muszę przyznać, że na oddziale odznacza się swoją normalnością. Mówi, że nie ma z kim pogadać, bo reszta to ludzie w naprawdę zaawansowanych stadiach różnych chorób. Wiem, że ten pobyt jest mu potrzebny. Jest też potrzebny nam. Jeśli on nie będzie zdrowy, to relacje między nami też takie nie będą. Mam tylko nadzieję, że wystarczy mu tydzień, by poczuć się lepiej, bo ja usycham z tęsknoty. Po powrocie ze szpitala wysprzątałam całe mieszkanie i teraz nie wiem, co ze sobą zrobić. Na szczęście wódka, cytrynka, pepsi i lód chcą mi dziś znów towarzyszyć.

      Uprzejmie proszę o nie użalanie się nade mną, o nie współczucie mi, nie dzielenie bólu. Sama, dojrzale i świadomie wybrałam tego człowieka, jako najbliższego mojemu sercu. Kocham go z całych sił, wciąż marzę o byciu jego żoną mimo tego, że wiąże się to z milionem wyrzeczeń, trudności, problemów i nieprzyjemności. Niedźwiadek jest najlepszą osobą, jaką spotkałam w moim życiu, sprawia, że jestem najszczęśliwszą kobietą na ziemi, a epizod chorobowy tego nie zmieni. Bywa ciężko, bywa że wątpię, ale takie zdarzenia, takie rozstania udowadniają mi, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie jestem jedyną dziewczyną, która decyduje się na dzielenie życia z człowiekiem chorym. Niedźwiadek ma łagodną odmianę choroby, jego schorzenie opiera się na słabości psychiki, zbyt mocnym przejmowaniem się różnymi sprawami, co prowadzi do wysokiego stresu i lęków. Nie porzuca mnie co parę dni, nie oskarża o zdrady, nie wyzywa, nie dręczy – a z takimi mężczyznami żyją świadomie niektóre kobiety. Ja raczej nie dałabym rady. Szczęście więc w nieszczęściu, że mój ukochany choruje właśnie tak, a nie inaczej. Nie wiem na jak długo, ale zostałam słomianą wdową. Szukam sobie zajęć, ale na żadnym nie mogę się skupić porządnie. Wciąż myślę, jak to będzie, kiedy go wypiszą i czy wróci do siebie takiego, jakim był przed ostatnimi wydarzeniami. Rodzinie i znajomym wciskam, że wyjechał do rodziców. Odliczam godziny i wierzę, że niebawem znów będziemy razem, szczęśliwsi niż kiedykolwiek.

niech się darzy!
Autor: innam
01 stycznia 2011, 12:45

     Nie poszłam na żadnego Sylwestra. Troszkę pociemniałam Sis, że jestem chora, ale w sumie wiele od prawdy nie odbiegłam. Znowu mam coś ze szczęką, że mnie zawias lewy przy uchu boli tak, że ledwo gadam, a jeść to mogę tylko papki. Znaczy teraz jest już trochę lepiej, ale wcześniej to była jakaś masakra. W ogóle trochę się wkurzam, bo albo nie mogę doleczyć jeszcze tamtego świństwa, na które brałam antybiotyk, albo już mnie coś nowego od środka zżera. Czasami kaszlę tak, że aż mi się cofa. I w nocy mnie kaszel budzi. A mój głos po zapaleniu krtani do tej pory nie wrócił do swojego brzminia. Wkurza mnie to już nie na żarty.

     A Sylwestra z Niedźwiadkiem urządziliśmy sobie we dwoje. Sylwester to taki umowny początek naszego związku. Umowny dlatego, że Niedźwiadek okrzyknął nas związkiem dużo wcześniej, nim ja to uznałam :D W każdym razie w tym roku świętowaliśmy drugą rocznicę i zrobiliśmy to w najlepszy z możliwych sposobów. Po pierwsze prezent dla dwojga, o którym ciiii… Po drugie wypasiona sałatka z kurczaka :D i sernik na zimo, który chyba spierdzieliłam :D Miał być na wczoraj, ale wyszło na to, że będzie na dzisiaj i obawiam się najbardziej, że nikt oprócz mnie nie będzie chciał go jeść, bo będzie wstyd gościom wystawić… ekhm. Po trzecie trochę procentowych drinków. I wieczór spędzony w łóżku. Z przerwami na śpiewy, tańce i inne takie hulanki. Fajerwerki w tym roku spektakularne wręcz jak na tę moją mieścinę, całe 15 minut strzelali! To już trzeci Sylwester razem… Kto by się spodziewał? Ja na pewno nie ;)

     Miniony rok był na pewno dla nas bardzo ciężki. Dla mnie. Zmarła Babcia, Młody się rozchorował, mnóstwo problemów nas dotknęło. Zdrowotnych, finansowych, rodzinnych. Ale też Bro się ożenił, skończyłam studia w ładnym stylu, przeprowadziłam się i rozpoczęłam życie na własny rachunek. Zaliczyłam parę uśmiechów losu i kopniaków w dupsko. W nowym roku chciałabym, żeby poukładało nam się w kwestii przede wszystkim  zdrowotnej. Niedźwiadek ostatnio jest niestety w słabej formie i bardzo się to na nas odbija. Czeka go leczenie, lekarze i długotrwała praca nad sobą. Sama też wybiorę się chyba w końcu na badania, bo morfologii nie robiłam dobrych 8 lat. Dobrze by też było, gdyby cokolwiek udało nam się w związku z życiem zawodowym. No i moje największe marzenie na ten rok: zaręczyny. Wszystko zamyka się w trzech słowach: zdrowie-praca-rodzina :)

     Niech Wam się darzy, kochani!

christmas time
Autor: innam
28 grudnia 2010, 12:32

     Mam wiele obaw w związku ze sprawdzeniem, czy moje życzenie świąteczne się spełniło. Omijam wagę szerokim łukiem :) Wszystko dla psychicznego komfortu :D

     Święta były udane, nawet bardzo. W wigilię Niedźwiadek lepił uszka z grzybów od jego mamy. Trochę mu pomagałam, ale minimalnie. Tak sobie myślę, że fajnie by było, gdyby lepienie uszek jego rękami stało się naszą tradycją ;) Bo ja to lepiłam straszne koślawce, hehe.

     Najpierw kolację zaliczyłam u rodziców. Taksówkarz, który mnie tam wiózł, polecił na chrypiące gardło napić się dobrego spirytusu :D Ale rodzice nie produkują takich specyfików. Panował nastrój nienaturalnego pośpiechu, bo oświadczyłam, że chcę jeszcze spędzić wigilię z Niedźwiadkiem. Tak więc od początku podstawiano mi pod nos kolejne potrawy, zachęcano do jedzenia, tak jakbym miała zaraz uciekać. Przy dzieleniu się opłatkiem Mama życzyła mi, a raczej sobie, żeby mogła zobaczyć mój pierścionek zaręczynowy w tym roku. Nie ukrywam, że jest to i moje życzenie. Niedługo potem wróciłam do Niedźwiadka i zrobiliśmy naszą wspólną małą wigilię. Podzieliliśmy się chlebem, bo zapomniałam wziąć od rodziców opłatek. A potem były rozmowy o tym, jak to zawsze wyglądało w naszych domach. Nie pierwsze zresztą.

     Pierwszy dzień świąt zaczęliśmy od ładnego świątecznego śniadania, a potem dzień spędziliśmy u rodziców. Kupili fajną tarczę do rzutek i 3 godziny przegraliśmy, przy czym ja raz wygrałam :D Zastanawiam się nad taką do nas do domu, świetna rozrywka na zimowe popołudnia i wieczory. Ale to może kiedyś, jak już moje mieszkanie będzie sprzyjało spotkaniom towarzyskim. Póki co wstyd tu kogokolwiek wpuścić ;) Mama miło mnie zaskoczyła. Zaczynam myśleć, że może nawet polubiła Niedźwiadka. Chwaliła grzyby przyrządzone przez jego mamę i była dla niego nadzwyczaj serdeczna. Oby jej to zostało na dłużej.

     Drugi dzień świąt spędziliśmy na słodkim nicnierobieniu. Filmy, kolędy, jedzenie. Tak to się zapętlało ;) W tym roku nikomu nie składałam osobistych świątecznych życzeń. Wynik tego był taki, że pamiętało o mnie kilku znajomych z blogów i moje Dziołchy. No i Sis. Hehe. W przypadku niektórych ludzi kilkuletnie słanie kartek, życzeń wszelakich nie ma najmniejszego sensu, bo i tak mają to w dupie :)

     Święta, święta i po świętach. Humor mi się spieprzył znów, wieczorny spacer pomógł tylko na chwilę. Pogubiłam się i nie potrafię odnaleźć. Wciąż próbuję przekonać samą siebie, ale mam obawy, że to wcale nie jest takie przejściowe. Chciałabym, żeby życie znów przypominało życie, żeby młodość była młodością. Pobożne życzenia :)

      A na Sylwestra chyba idziemy do Sis. Domówka na 6 osób. Szczerze mówiąc, to ja mam jakąś depresję i podwójnie wkurza mnie parcie z ich strony na jakieś szczególne zabawy tego wieczoru, ale wiem, że Niedźwiadek potrzebuje ludzi, zabawy, pogadania z obcymi bardziej niż czegokolwiek innego teraz. Tak więc pewnie w ramach mojego dobrego serca zmuszę się i tam pójdę. Odrzuca mnie jeszcze to, że będzie tam jeden mały skurczybyk, którego nie znoszę. Małe to takie, fałszywe i zakłamane. I weź siedź człowieku i patrz na takiego cały wieczór. No nie wiem, czy zdzierżę ;)

krok po kroku, krok po kroczku najpiękniejsze...
Autor: innam
23 grudnia 2010, 20:59

          Butów nie znalazłam, bo ciągle odkładam to na później. Wciąż coś wydaje mi się lepszym zajęciem od tego. Ale wierzcie lub nie, do świąt jestem już prawie gotowa. Od dwóch dni trwają przygotowania. Zakupy już zrobione, brakuje jeszcze tylko śledzi i jakiejś ryby do usmażenia. Wprawdzie nie będzie prawdziwej wigilii u nas, ale bardzo zależało mi na tym, żeby pierwsze święta w naszym domu były jak najbardziej klimatyczne, żeby nie zabrakło niczego świątecznego i żeby było co wspominać. Sama nie piekę niczego, oprócz schabu, który już moczy się w marynacie w lodówce. Marynata uczyniona według przepisu Niedźwiadka. A tak poza tym wszystko to gotowce. I wcale mi z tym źle nie jest. Mogę wytłumaczyć się całkowitym brakiem sprzętu i miejsca do przygotowania tradycyjnych potraw :) W warunkach spartańskich trzeba czarować inaczej.

           Choinkę ubieraliśmy dzisiaj we dwoje. Jest piękniejsza, niż mi się wydawało, że może kiedykolwiek być. Ozdoby po Babci okazały się nie być wcale starej daty. Chyba Babcia od paru lat odświeżała kolekcję bombek. Lampki są prześliczne, a gałązki uginają pod pyszniącymi się cukierasami w złotych papierkach. W domu pachnie pomarańczami, piernikiem i kadzidłem, czyli wszystkim tym, czym dla mnie święta pachnieć powinny. Nie ma stresu, nie ma nerwów, które wszechobecne były zawsze w tym okresie w domu rodzinnym. Jestem ja i Niedźwiadek, nastroje pełnego relaksu. Nawet przedświąteczne sprzątanie nie zdołało nas z tego wytrącić.

           Złożyliśmy wczoraj przybyłe fotele i pokój od razu wygląda lepiej. Krok po kroczku i postawimy to mieszkanie na nogi :) Aaa, bo jeszcze nie wspominałam, że od dwóch dni jestem pełnoprawną właścicielką mieszkania, akt własności mam i zamierzam z tego korzystać, hehehehe.

          Prawdę mówiąc noszę też trochę ciężarów na serduchu w związku z moją rodziną i jej nieustającymi problemami, na które nie potrafię znaleźć rozwiązania. Ale postanowiłam, że nic z tych problemów nie przyćmi mi radości ze wspólnych świąt z Niedźwiadkiem. Może już wkrótce będę musiała mierzyć się z problemami dużego kalibru, może będę musiała wziąć na swoje barki czyjąś nienawiść, zupełnie niezawinioną. Ale jeszcze nie teraz. Teraz jest czas odpoczynku, czas relaksu, czas ciepła i przyjemności z obcowania z bliskimi ludźmi. Wprawdzie nie wszystkich bliskich zobaczę – Bro np. nie przyjedzie wcale, bo żona się zbuntowała i nie dość, że nie chciała przyjechać sama, to jeszcze nie dała przyjechać jemu ;) Ale w sumie… Co to za święta, kiedy trzeba się na ich czas rozdzielić ze swoją drugą połówką? Żadne. Więc po części ją rozumiem. I jego.

           Po nocach śnią mi się wojny, uciekanie przed śmiercią, ludzie, których nie lubię oraz zdradzieckie sąsiadki. I ten sen o sąsiadce jakiś proroczy był. Bo mi ta zza ściany już żyć nie daje. Spróbujcie wyjść z domu lub do domu wrócić niezauważenie! Ha. Nie wiem, czy ona nasłuchuje przy drzwiach, czy ze szklanką przy ścianie siedzi, ale ZAWSZE mnie wyczai, zawsze musi zaczepić, zawsze skomentować, ZAWSZE CZEGOŚ CHCE. A już jak mi zakupy w siatach ogląda i komentuje, to weźcie… Mam mord w oczach, ale ona tego nie odczytuje. Dzisiaj pytała, czy mam miejsce w zamrażarce po Babci [w ogóle skąd ona wie, że Babcia tę zamrażarkę miała?!], bo jej się już coś tam nie mieści. Na szczęście mnie Niedźwiadek uratował, wciągnął szybko do domu, hehe. Potem przyszła z córką w ramach akcji „wlezę w dupę bez wazeliny każdemu sąsiadowi” i dała nam wiązkę sianka, bo „chyba obchodzimy wigilię” [już usłyszała, że nie wzięłam opłatka od pań, które go roznosiły]. Achhhh, nie mogę już dłużej mieszkać obok tego byłego ormowca!!!

           Z niespodzianek: przyszła do nas paczka z gór od mamy Niedźwiadka. Mnóstwo suszonych grzybów, grzyby marynowane, no pyszności prosto z lasu. Będziemy chyba jutro robić farsz i kleić uszka z tym moim mienszczyzną. Jestem taaaaaaka szczęśliwa. A na gwiazdkę to mam jedno życzenie: żebyśmy wszyscy zdrowi byli, my i Wy. A właściwie to dwa: żeby się tak od teraz wyłączyła opcja tycia :D

hard luck
Autor: innam
18 grudnia 2010, 10:56

      Nie wiem, czego to wina. Czy nadmiaru emocji w mijającym tygodniu, czy mojego choróbska, któremu dopiero teraz dałam naprawdę dojść do głosu, czy antybiotykoterapii… Ale ostatnie dwa dni praktycznie z Niedźwiadkiem przespaliśmy. I dopiero dzisiaj po tych długich godzinach snu czujemy się wypoczęci.

     Poprzedni tydzień od poniedziałku do piątku przepełniony był Niedźwiadkowymi badaniami i bieganiem do lekarza. Dzięki Iwci [:*:*:*] wiem już teraz, że Niedźwiadek ma tylko coś nie tak z wątrobą. Nie rozumiem tylko, dlaczego lekarka od razu nastraszyła go żółtaczką, skoro nie skierowała go od razu na badania, tylko dała leki na wątrobę i kazała przyjść za miesiąc. Gdyby wiedziała, jak ten wielki, wyglądający na twardziela facet przeżywa takie rzeczy i jak mu głowę ryją takie „wiadomości”, to może by się powstrzymała. Ale się nie powstrzymała, więc musiałam radzić na jego jazdy sama :) Chyba już jest trochę lepiej. Tylko wciąż nie tak, jak dawniej.

     Zlecenie zostało już całkowicie zamknięte. Drukarnia jeszcze raz podziękowała za współpracę, stwierdziła, że jest z niej bardzo zadowolona, ale chyba zmieniła wizję naszej współpracy w przyszłości. Z tego co zrozumiałam, będą mi podsyłać ewentualnych klientów, z którymi już sama będę się rozliczać itd. W takim razie nie mam prawa niczego od firmy oczekiwać, a na pewno nie podpisania umowy i płacenia mi ZUS-u :) Co jest nieco przykre, bo w takim układzie to lepiej mi będzie emerytury nie dożyć :P Ale moja radość z zakończonego projektu jest niezmącona. Dostałam nawet jedną z książek z dedykacją autora :) No cieszę się i już.

     Zdrowieję. Wczoraj wzięłam ostatni antybiotyk, głos mi wrócił, pokasłuję tylko z rzadka. Od przyszłego tygodnia mam zamiar wziąć się za bary z wszystkimi zaległościami. Kupię nam wreszcie nowe krzesła do komputerów [pamiętacie historię, jak sama gwoździami łatałam dziury w sypiących się wypełnieniem fotelach? Wypełnienie dalej się sypie, z mniejszym natężeniem, ale jednak], a te wywalę bez sentymentów na śmietnik. W miejsce pracy trzeba inwestować :P I Stara Z Dołu będzie zadowolona, że jej nie szuramy :D Taki prezent na święta dla więcej niż dwóch osób :D Będzie też choinka. Dwumetrowa, a co. Już wiem, gdzie ją sobie postawimy. Ozdoby zostały jeszcze po babci, najwyżej lampki dokupię.

     W przyszłym tygodniu również prawdopodobnie uda się wreszcie przepisać na mnie mieszkanie. A co za tym idzie sprawić, by Niedźwiadek stał się jego pełnoprawnym, zameldowanym mieszkańcem i pełnoprawnym mieszkańcem tego miasta. Fajnie. Oczywiście nie obyło się bez problemów. Znowu okazało się, że moje wpłaty na mieszkanie lądują u kogoś innego na koncie z powodu błędów. Na szczęście udało się to cofnąć i wszystko jest w porządku. Ale co się nawkurzałam, to moje :D

     Jak by nie było… jestem wielką szczęściarą. A jeszcze większą będę, jak znajdę ładne i wygodne buty na moją nogę :D Do dzieła!

wariacje pocztowe
Autor: innam
14 grudnia 2010, 20:22

          Żyję, żyję :) Rozchorowałam się na dobre, tak mnie wzięło, że kaszel doprowadzał mnie prawie do wymiotów. Szkoda, że dopiero w piątek wieczór zorientowałam się, że to może nie być zwykłe przeziębienie. Weekend ledwo przetrwałam, dusząc się w nocy i nie śpiąc, a za dnia męcząc niepomiernie. W poniedziałek z samego rana zarejestrowałam się do lekarza, w południe zostałam przyjęta. Ostre zapalenie krtani, hehe. Dostałam antybiotyk i kilka innych leków. Przed wyjściem zapytałam o to, co – oprócz choroby – nie dawało spać po nocach mi i Niedźwiadkowi. Parę dni temu pod obiema pachami zrobiły mu się dziwne guzy. Moja pierwsza myśl – węzły chłonne. Jego pierwsza myśl po usłyszeniu mojej – rak. Więc zapytałam o te węzły panią doktor, a ona poleciła jak najszybszy kontakt z lekarzem. To samo powtórzyłam jemu, pobiegł zaraz po mnie. Po zbadaniu lekarka stwierdziła, że to raczej nie są węzły, ale dla pewności zleciła mu badanie krwi. To było te 48 godzin, podczas których widziałam Niedźwiadka zmiażdżonego myślą o śmiertelnej chorobie. Nie mógł sobie znaleźć miejsca i spał. Na zmianę. Przed odebraniem wyników był już tak zdenerwowany, że wyszedł dużo wcześniej. Miał szczęście i zastał jeszcze swoją panią doktor, która go uspokoiła. Nie ma się czym martwić, wyniki są w normie. Do domu wrócił jak na skrzydłach, ale wciąż z jakimś takim niepokojem o te zmiany. Nawkładałam mu już do głowy, że gdyby to był rak, to badanie by to wykazało. Dopiero teraz wrócił do normy. Powiem Wam, że najedliśmy się strachu. Takie duże uff.

          Będąc chorą, finalizowałam sprawy związane ze zleceniem. Przy moim osłabieniu noszenie kilkunastokilogramowych paczek z książkami po schodach na 4 piętro i z powrotem to jak maraton. Jeszcze bardziej osłabił mnie fakt, że po zniesieniu zapakowanych dwóch pak na dół razem z Niedźwiadkiem, przejechaniu taksówką całego miasta, wysiadaniu na zadupiu i wtachaniu książek do jakiegoś obdrapanego budynku okazało się, że firma kurierska [jedyna w tej zakichanej mieścinie] mająca tam siedzibę obsługuje tylko firmy, a osób prywatnych już nie. Ha. Więc cóż robić? Znowu taksówka i pod pocztę w pobliżu domu. 30 minut w kolejce [w międzyczasie wypełnianie kwitków sobie i jeszcze jakiejś staruszce – chyba nie była potem zachwycona, bo ja trochę niewyraźnie piszę :D], a potem 40 przy okienku. To było najdłuższe nadawanie paczki w moim życiu. Ludzie w kolejce za mną musieli mnie szczerze nienawidzić. Ale cóż, idą święta, na pewno już mi wybaczyli ;) Tym sposobem jestem już u progu zakończenia całego procesu, co będzie źródłem satysfakcji, gdy się już dokona.

          Źródłem satysfakcji jest też fakt, iż drukarnia, w której drukowałam składaną przez siebie książkę pochwaliła moją pracę jako bardzo dobrą i… zaproponowała współpracę. Podobno chcą mieć taką osobę jak ja, żeby nie odwalać za darmochę roboty przy składzie i mieć korektora, którego klient na własne życzenie będzie sobie opłacał. Na początek dostanę podobno tomik poezji w styczniu. Ciekawe, czy to wypali :) Oczywiście ktoś już musiał zmącić moją radość, a mianowicie mój Tata. Ogłosił mi bowiem, iż program, którego miałabym używać do łamania tekstów kosztuje prawie 4000 zł, a ryzykowne byłoby używanie pirata ze względu na to, że ktoś mógłby mnie łatwo wytropić i wlepić potężne kary… Tia… Nie wiem, chyba będę musiała porozmawiać o tym z drukarnią, bo na pewno i w żadnym wypadku mnie nie stać na kupno tego programu. Może by kupili albo chociaż udostępnili? Albo… Mikołaju, nie bądź dziad, chociaż pod choinkę coś rzuć :D:D:D Hehe. A może ktoś zna sklep, gdzie takie rzeczy sprzedaje się na raty? Z drugiej strony mój Młody podpowiada mi, że ten program jest używany raczej przez wielkie firmy specjalizujące się w DTP [sama nie wiedziałam co to, dopóki nie sprawdziłam, więc i Wam podpowiem: Desktop Publishing :P], a nie przez „leszczy z pecetami”. Wywiedziałam się już, że jeśli drukarnia nie zażąda ode mnie formatu z tego programu, to mogę wszystkie te czynności wykonać w programie bezpłatnym. Czyli jest alternatywa. Wszystko muszę obgadać z właścicielką drukarni. O. Zobaczymy, co powie.

          Tak to sobie leci czas, powoli zaczynam jaśniej spoglądać w przyszłość. Ktoś się na mnie poznał i chyba jestem w czymś nienajgorsza. Sympatyczne uczucie. Niedźwiadek jest zdrowy. Ja niebawem wrócę do sił i już widzę, jak zabieram się za porządki. Bo jakbyście zobaczyli teraz mój dom… obraz nędzy i rozpaczy ;) Pobojowisko. Nikt mi nie powie, że facet bez pomocy kobiety da radę ogarnąć chaos gospodarstwa domowego :D Zastanawiam się, czy warto już w tym roku mieć choinkę na swoim. Nawet nie ma ładnego miejsca, żeby ją postawić. Ale z drugiej strony... czy choinka to nie znak, że dom to dom?

niewyraźnie dziś wyglądam
Autor: innam
09 grudnia 2010, 15:37

     Niedźwiadek w sklepie i aptece, a ja korzystam z przywilejów obłożnie chorej. Obłożnie chora nie jestem wprawdzie, ale cuś mi zaatakowało gardło, że zapuchnięte i boli, a od czasu do czasu miota mną kaszel. Że o moich krytycznych stanach podgorączkowych [całe 37,6!] nie będę wspominać, jak i o krwawozielonej wydzielinie z zatok :P I tak nie jest źle biorąc pod uwagę, że chyba z rok nie chorowałam wcale. Myślę, że za dwa-trzy dni nie będzie po tym śladu.

     W zlewie w kuchni nie ma już miejsca. Gary powoli zaczynają kwitnąć, a mnie telepie, bo mam ochotę złapać je i wszystkie wymyć. Ale nie zrobię tego, bo wtedy poniosłabym sromotną wychowawczą klęskę. Niedźwiadek obiecał, że pozmywa, więc bez słowa czekam, aż to zrobi. Jeden, drugi i trzeci dzień. Dzisiaj jednak nie wytrzymałam i powiedziałam mu, że coś nad nim wciąż wisi i mimo tego, że usilnie wypiera to ze świadomości, to wisieć nie przestanie. Od razu się roześmiał i zgadł, że mówię o zmywaniu. I że dzisiaj to zrobi. Tia :D

     Ostatnio było między nami słabo. Bardzo słabo. Tak słabo, że chyba nigdy aż tak. Miałam różne myśli i wciąż je mam, ale słabną. Znów zatliła się iskierka nadziei i liczę, że tak szybko nie zgaśnie i może rozrośnie się w jakiś silny płomień. Czasem się boję, że może my się tylko bawimy w dom, oboje. Że tak naprawdę każde z nas inaczej wyobraża sobie wspólne życie i w końcu z tej frustracji, że nie ma się tego, czego pragnie – pierdyknie nam nasza szopka. Nie chcę tego. Chcę, żebyśmy – nawet w pocie i znoju – wypracowali sobie kompromisy i nauczyli się być też takimi, jakich potrzebuje nas mieć ta druga strona. Bywam ekstremalnie samolubna w tym wszystkim. Ale z drugiej strony mam obawy, że bez egoizmu z mojej strony będę się tu dusić i umierać powolną śmiercią. Za parę dni, jak już wrócimy w pełni na dawne tory [a wierzę, że tak będzie], spróbuję porozmawiać o tym z Niedźwiadkiem. Może wspólnie podejmiemy jakieś kroki. Ku lepszemu ;)

     Wspominałam ostatni czas spędzony z Babcią, zanim umarła. Wstyd przyznać, ale było to sporo przed jej śmiercią. Nie miałyśmy zbyt dobrego kontaktu w ostatnich latach. Przez moje studia, przez jej coraz bardziej separujące od społeczeństwa zachowania. Ten ostatni wspólny czas tylko we dwie to był wyjazd w jej rodzinne strony, na wieś, gdzie mieli z Dziadziem kawał ziemi zanim spłonął im dom. Odwiedzała dawnych sąsiadów, żeby załatwiać jakieś tam sprawy. Spacerowałyśmy przez wieś i o każdym domu potrafiła mi opowiedzieć historię, kto mieszkał, kim był. Na starym cmentarzu odnalazłyśmy grób jej małej siostrzyczki, zarośnięty i popękany. W miarę możliwości doprowadziłyśmy do porządku. To był dobry czas. Czułam się wtedy dobrą wnuczką z dobrą babcią. Jak nigdy. Wspomnienia ciepłe prawie jak te z wczesnego dzieciństwa o wspólnych spacerach, zabawach, wyprawach na działkę, bajkach i piosenkach. Nie mogłabym również nie docenić faktu, że to właśnie Babcia nauczyła mnie podstawowych modlitw, rozumienia istoty Boga oraz patriotyzmu w dawnym tego słowa znaczeniu. To będzie pierwsze Boże Narodzenie bez niej. Bez lepionych przez nią uszek i pierogów z kapustą. To już będzie coś zupełnie innego. Ale będzie.

.,.,.,
Autor: innam
06 grudnia 2010, 17:12

     Tak jak zawsze po notce pełnej narzekania i użalania się nad sobą, następnego dnia jest mi za siebie wstyd. Zaczynam obawiać się, że blog przestaje być miejscem, gdzie mogę wszystko, bo presja tego, że ludzie czytają powstrzymuje mnie przed popłakaniem sobie w klawiaturę ;) Myślę. Ale na razie powstrzymuję się przed decyzjami.

     Na smuty dobrze robi mi sprzątanie. Oporządziłam całą chałupę i od razu mi lepiej. I powtarzam sobie, że nigdy nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej.

     Co dostaliście od Mikołaja?

grzańce.
Autor: innam
05 grudnia 2010, 17:24

           Spotkania towarzyskie mi nie służą. Nastawiałam się pozytywnie – wypad do ciekawej knajpy w sobotnie popołudnie, grzaniec po wymarznięciu na kość, kilkanaście rund w piłkarzyki [jak przystało na debiutantkę w tej dziedzinie, radziłam sobie dobrze i z Niedźwiadkiem wygraliśmy większość starć z przeciwną drużyną w postaci Sis i jej narzeczonego]. Wszystko fajnie, ale z minuty na minutę robiło mi się coraz smutniej. Parę uwag z jej strony, nawet nie do mnie skierowanych, ale rzuconych gdzieś w przestrzeń uderzyło we mnie z impetem. Gdzież mi do nich. Młodych, pięknych, szczęśliwych, w rozkwicie kariery zawodowej, stabilnych finansowo. Gdzież mi do niej. Energicznej, zapracowanej, chodzącej na czwartkowy aerobik kobiety sukcesu, wiedzącej czego chce i jak po to sięgnąć. Na pożegnanie wcisnęłam jej w ręce paczuszkę od Mikołaja, którą szykowałam od miesiąca. Z myślą, żeby odwdzięczyć jej się za wszystko. Trudno sprawić dobry prezent komuś, kto już wszystko ma, więc mój prezent nie był dobry. Ale był najlepszym, co byłam w stanie wymyślić. A potem był już tylko mróz i poczucie, że jestem miliony lat świetlnych od Niedźwiadka, który stał przecież tuż obok. Że jestem miliony lat świetlnych od każdego człowieka na tej planecie, że pełzam gdzieś na samym dnie świata w ciemności i zimnie, bo nie potrafię, nie umiem, nie udaje mi się, nie wychodzi i cały ten „american dream” jest w zasięgu każdej ręki oprócz mojej. Bezskuteczna walka z bólem własnej niedostatecznej egzystencji zaowocowała bezsennością i ciągłymi pytaniami, na które nie chcę odpowiadać, bo jedyne co mnie spotka, kiedy na nie odpowiem, to niezrozumienie.

         Mimo wszystko w czasie mrozów nieraz myślę o ludziach bezdomnych. Szczęściem jest mieć dach nad głową i ciepły kąt.

         Żeby nie było tak jednoznacznie depresyjnie, powiem Wam, że przez lokalną społeczność zostałam już z pewnością wyklęta. Nie wzięłam opłatka od pań go roznoszących :D Hehe. A jutro są Mikołajki. Liczę na parę uśmiechów.

          Znów śniła mi się córka.

śnieg, kaloryfer, grudzień
Autor: innam
03 grudnia 2010, 16:14

           Chyba mam jakieś problemy z tożsamością, tak zmieniam te szablony. Ale co zrobić, ten co tu był przez chwilę zaczął mi przeszkadzać. Kiedyś byłam mocno stabilna szablonowo, a teraz szaleństwo :)

           Za oknem znów śnieżyca. Zanim się rozpadało, aura była sprzyjająca spacerom, więc się z Niedźwiadkiem wybraliśmy. Przy okazji załatwiliśmy też zakupy. Taka zima nawet by mi nie przeszkadzała. Jak nie ma wielkiego mrozu to jest fajnie :)

           Na klatce zatrzymała mnie staruszka z parteru, że w imieniu sąsiadów prosi o jakiś numer kontaktowy do Dziadzia, bo to przecież tyle lat tu mieszkali obok siebie, to chociaż by życzenia chcieli złożyć. Tłumaczyłam, że Dziadzio bardzo chciał ich odwiedzić, że zawsze powtarza „jak się lepiej poczuję, to zajrzę”, ale co skoro wcale nie czuje się lepiej. Strasznie miła i uprzejma kobieta, cóż za kontrast z tą z dołu. W ogóle z Niedźwiadkiem ostatnio nie mogliśmy w nocy spać, bo coś w rurach jęczało. Doszłam do wniosku, że Stara Z Dołu wyczaiła, gdzie śpimy i podstawiła magnetofon z jakimś podejrzanym dźwiękiem pod kaloryfer :D Nie ma innej opcji! A tak poważnie, to ten blok żyje. Choć pełen ludzi starych, życie otacza z każdej strony. Słychać czyjś prysznic, czajnik z wrzącą wodą, radio. No i te rury. Nieraz zastanawiam się, jak wiele słychać od nas… Ekhm. :)

           Pomyślałam o Bansi, kiedy odkryłam, że nie da się u nas odkręcić kaloryferów. Wydaje mi się, że zawory z ciepłowni nie działają dlatego, że Babcia nigdy ich nie używała. Całe życie niezdrowo oszczędzała, a zawory nigdy nie odkręcane po prostu się zacięły. Kaloryfery są też na pewno zapowietrzone. Muszę pożyczyć od Taty klucze, to może coś pokombinujemy. Na pewno nie uda się przeżyć całej zimy bez ogrzewania. Swoją drogą często wspominam ciepło chwile z moim ojcem. Jako jedyna córka i jedyne zainteresowane pracą fizyczną dziecko [moi bracia to śmierdzące lenie od dzieciaka, wszystko w domu robiłam ja – pomagałam kłaść kafelki, fugować, silikonować okna, odnawiać ramy… i naprawdę tysiące innych rzeczy] zawsze towarzyszyłam mu we wszystkich męskich pracach domowych, łącznie z odpowietrzaniem kaloryferów przy rozpoczęciu sezonu grzewczego. Wygląda na to, że moja wiedza i doświadczenie na coś się przydadzą, hehehehehe.

          Pracy – jak to było wiadome od początku – nie dostałam. Nie płaczę, nie załamuję się, nie rozpaczam. W pewnym sensie nawet się cieszę, bo miałabym duże problemy z psychicznym dostosowaniem się do tego zepsutego otoczenia. Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego ta kobieta w ogóle mnie wzywała na te wszystkie rozmowy, a potem na dzień próbny. I za każdym razem narzekała na mój brak doświadczenia, brak rozeznania w literaturze najnowszej, bla bla bla… Przecież wiedziała, kim jestem, wiedziała, że świeżo po studiach, czego więc oczekiwała? Chciała kogoś, kto z wejścia we wszystkim świetnie się zorientuje. A prawda jest taka, że jak się chce młodą stażystkę, to trzeba ją przyuczyć, poświęcić trochę swojego cennego czasu i energii, dać szansę na samokształcenie, bo inaczej nic z tego :) No ale w tym mieście ciągle coś wydaje mi się dziwne, niepoważne i nieprofesjonalne. I mówię tu o wszystkich swoich doświadczeniach. Innym razem opowiem szerzej, bo nie chcę zapeszać czegoś, co jest w toku i nieukończone.

           Ludzie w grudniu robią się dla siebie milsi czy tylko mi się wydaje? Z obserwacji wyłączam panie z poczty, te są zawsze niezadowolone :)

cenna lekcja
Autor: innam
30 listopada 2010, 19:26

          Zima zimą, ale drogowcy w moim mieście nie byli aż tak bardzo zaskoczeni, skoro autobusy jeżdżą bez opóźnień. W mieście, gdzie studiowałam, taki atak zimy kończył się zawsze trzema dniami niemal godzinnych opóźnień komunikacji miejskiej. Z przyzwyczajenia więc wyszłam z domu wcześniej, żeby się nie spóźnić i… musiałam czekać 40 minut. Czekanie zaowocowało przemarznięciem, ale na szczęście po 10 minutach otworzyli mi Rossmana i poszłam poudawać, że oglądam kosmetyki. W efekcie kupiłam parę drobiazgów, ale oczywiście tylko i wyłącznie po to i dlatego, żeby mnie nikt nie przegonił za nielegalne grzanie tyłka :P A w księgarni się zawiodłam. Bardzo się zawiodłam. Prysł czar pięknego, magicznego miejsca pełnego ciekawych książek, gier komputerowych, płyt z muzyką i kolorowych drobiazgów, a pozostał niesmak. Opowiem o braku szacunku do ludzi, jaki zauważyłam. Zacznę od siebie, a smaczki zostawię na koniec.

         Szefowa dawała mi zadania, które – wielce się ociągając – wykonałabym w godzinę łącznie z rozpoznaniem w terenie. W znajomości literatury najnowszej się nie popisałam, ale nie przyszło mi do głowy tłumaczyć, że bezrobotni nie mają pieniędzy na nowe książki [swoją drogą… Boże, może trochę przesadzę, ale książki w dzisiejszych czasach znów są tylko dla wybranych, prawie jak za czasów, kiedy były przepisywane ręcznie i oprawiane w skóry… no jasna cholera, kogo stać na wydanie 50 zł na książkę?! No kogo? Bo na pewno nie mnie] ;) Zresztą wszelkie tłumaczenia wydają mi się żałosne, więc wolę wytykanie niedoskonałości przyjąć na klatę, patrzeć przy tym w oczy i potakiwać. Było jeszcze odgrywanie scenek, prawdziwa rozmowa z klientami i małe zadanko na komputerze. Pochwalono moje obycie z komputerem i otwartość. A każde z tych zadań oddzielone od siebie co najmniej godzinną przerwą. 6 godzin kręcenia się jak smród po gaciach. Bez sensu, bez celu i bez miejsca do spoczęcia choćby na minutę. Nogi miałam w tyłku. Obejrzałam z każdej strony chyba wszystko, co tam mieli [no oprócz gazetek dla dorosłych, bo trochę siara ;)]. Zero szacunku dla mnie i mojego czasu. W końcu przyszłam tu, żeby mnie ktoś sprawdził, a ani mnie szefowa nie obserwowała, ani nie robiłam kompletnie nic. Koło 13.00 zaczęłam wymyślać powody, jakie pozwoliłyby mi się stamtąd urwać. Dziadek w szpitalu? Pęknięta rura w domu? Muszę odebrać ze szkoły bratanka? Co wybrać i jak zwiać? Nie zwiałam. W końcu przyszła, powiedziała, że ma do przetestowania jeszcze dwie dziewczyny i do widzenia. Tyle z mojej historii. A teraz smaczki.

          Noga za nogą przemierzam kolejne pokoje księgarni. Nagle wpada energicznie ta mała zza lady, pracownica, z odświeżaczem powietrza w spreju. Roześmiana mówi do mnie psikając zamaszyście: „Jak przychodzą tu starzy ludzie, to od nich tak śmierdzi, że trzeba potem chodzić i psikać”. Zamarłam w środku. Patrzyłam na nią, na jej ciepłą i wrażliwie wyglądającą, drobną i kruchą fizyczność i zastanawiałam się, gdzie i z kim się wychowywała. Tak pachnie starość i niedołężność, Ty mała, odpicowana, rozpieszczona szczeniaro. Ciekawe, jak Ty będziesz pachniała, mając 70 lat. Wszystko we mnie burzyło się w środku, bulgotało złością i poczuciem, że znalazłam się w miejscu, do którego totalnie nie pasuję. Niedługo potem księgarnię odwiedził ubogo odziany pan, po wyjściu którego szczeniara latała ze sprejem po wszystkich pomieszczeniach i uraczyła mnie uwagą: „jak ty tu możesz wytrzymać i się nie udusić?!”, po czym popsikała i wróciła za ladę. Nie wiem jak Wam, ale mi takie teksty i zachowania kojarzą się jednoznacznie z nazistami. Im Żydzi też śmierdzieli. Zepchnijmy starszych ludzi na margines, przecież są tacy nieestetyczni i śmierdzą! Do naszej księgarni nie wpuszczajmy biedaków, tylko psują powietrze i nieładnie kontrastują z błyszczącym pięknem wnętrza. Nieeee, nie, ja tam nie pasuję i nie chcę tam pracować. Właźcie w dupy odpicowanym bogaczom sami. Nie daj Boże obracać się w takich kulturalnych, wykształconych kręgach, bo jeszcze to pierdolnięcie na mózg przejdzie też na mnie :)

trzeci etap rekrutacji
Autor: innam
29 listopada 2010, 21:24

          Nigdy nie zrozumiem toku myślenia pracodawcy. Nie wiem czy każdego, ale tego konkretnego na pewno. Poszłam wczoraj spać bardzo wcześnie, z racji tego, że od 4 dni siedzę i intensywnie pracuję przy komputerze [a raczej pracowałam – dzieło ukończone i przekazane drukarni!:)] . Bardzo wcześnie to znaczy koło 21.00. Rano obudził mnie telefon:

- Dzień dobry, pani M., księgarnia X. Nie pokazała się pani dzisiaj, czy to znaczy, że pani rezygnuje?

- Eeee… ale ja nie wiem o co chodzi.

- Napisałam pani wczoraj smsa, że dzisiaj się pani miała rano pokazać na dzień próbny.

- To musiała go pani późno napisać, wczoraj wcześnie poszłam spać.

- No faktycznie, troszkę późno go napisałam. Skontaktuję się jeszcze z panią, do widzenia.

           W tej chwili zastanowiłam się chwilę nad tym, co właśnie usłyszałam. Po pierwsze, mimo że na ostatniej rozmowie ta pani powiedziała mi, że pracę dostaje ktoś inny, zostałam zaproszona na dzień próbny [jupiiiii!]. Po drugie, jakie to jest traktowanie człowieka, że zakłada się, że ktoś dzień i noc wisi nad telefonem i czeka na wiadomość od ewentualnego pracodawcy, żeby ten łaskawie kazał mu przyjść za 9 godzin. Tak, za 9 godzin. Ludzie, dajcie się chociaż psychicznie nastawić! I przygotować fizycznie! Takie coś jest moim zdaniem dość niepoważne. Trzy godziny później telefon zadzwonił znowu: mam się stawić na dzień próbny jutro i zarezerwować sobie parę godzin. Informacja cieszy mnie bardzo, albowiem czuję zew przygody. Choćbym miała być odesłana z kwitkiem, zawsze to poznam parę tajników pracy w fajnej księgarni :) A jak dostanę, to będzie to tylko staż, ale za to jaki cenny! Najlepsze, że wcale się nie boję, tylko cieszę. Będzie fajnie :P

          Jedynym minusem jest to, że nie mam dobrych zimowych butów. No ale jadę autobusem, bo ten śnieg to jakaś masakra. Nawet nie ma mowy, żebym przedzierała się przez miasto w tych zaspach. W ogóle zima w tym roku zaskoczyła mnie bardziej niż drogowców. Jestem zupełnie nieprzygotowana. Nie nacieszyłam się jesienią. Albo ten czas tak zapieprza, że nie dostrzegam zmian pór roku, albo nie wiem sama… Ze spraw kosmetycznych zostało mi pomalować paznokcie. Muszę sprawić dobre wrażenie. Ha. Ciuchy są, autobus sprawdzony, buty umyte [do wypastowania]… Kiedy ja ostatni raz wstawałam przed 7.00? :D Nie wiem, jak Wy, ale ja idę dla relaksu rozmazać po trawniku paru zombiaków [Młody mi zrobił prezent na gwiazdkę:D]. Dobrej nocy! :]

czy ja wyglądam na kretynkę?
Autor: innam
25 listopada 2010, 22:19

          Radość dziecka w oczach mojego mężczyzny to coś bezcennego. Uwielbiam sprawiać tę radość, uwielbiam MÓC ją sprawiać. Bo dopiero teraz mogłam. W życiu prawie nigdy nie układa się tak, jak byśmy sobie wymarzyli. Można walczyć i nigdy nie zwyciężyć. Najważniejsze dla mnie jest to, że mam możliwość czekania. Na rozwój wydarzeń, na odpowiedź na CV, na nową ofertę pracy. Więc czekam. O własnej działalności wciąż myślę, ale myślenie nie prowadzi mnie do niczego jak na razie. Wszystko wydaje się mało prawdopodobne do zrealizowania i przetrwania.

         Pierwsze przeszkody w związku z realizacją zlecenia. Sprostanie wymaganiom drukarni to raz, a dwa to pani, która poucza mnie w kwestiach, na których jednak się znam. No dotknęło mnie to, bo podkreślałam, że składanie tekstu jest w toku, a to co przesyłam to niedoskonała próbka dla niej, żeby sobie mogła spróbować podrukować [czego chciała]. Nie wiem czemu ludzie mają mnie czasem za taką kretynkę. Wymaganiom drukarni chyba udało mi się już sprostać, a pani dałam do zrozumienia, że jestem świadoma wszelkich czynności, jakie mam wykonać przy szykowaniu tekstu do druku [może nie wszystkich, ale takie podstawy, jakie mi wytknęła, to na pewno!]. Żeby mi tylko za to delikatne odszczeknięcie nie zrobiła kuku z tym drukiem, bo będzie niewesoło :)

         I zawsze, jak mam coś ważnego do zrobienia, coś, co wymaga Internetu, to zawsze tego Internetu nie mam! Ustalałam szczegóły techniczne i wsiąkł. I nic cały dzień nie mogłam pchnąć do przodu. Całe szczęście już okno na świat wróciło, więc wracam też do roboty.

        Spadł pierwszy śnieg, powietrze jest mroźne, a ja zaczynam czuć potrzebę porządnych butów na zimę. Bo coś tak czuję w kościach, że będzie sroga :)

rodzina słowem silna
Autor: innam
22 listopada 2010, 13:18

          Matka Natura uderzyła ponownie. Jestem brzydka, gruba, we wszystkim wyglądam okropnie i nic mi się nie podoba, bo na pewno na mnie będzie leżeć źle. Niedźwiadek na zimę prawie ubrany, buty i kurtka w drodze [nie wiem, co by było w tym roku w zimie, gdyby nie pieniądze ze zlecenia… wolę nie myśleć]. A ja pewnie kolejny rok będę chodzić jak pani lumpowa, bo nienawidzę kupować ubrań i butów. NIENAWIDZĘ tego. Zazdroszczę dziewczynom, które mogą nosić wszystko, bez problemu kupują buty i ciuchy w każdym możliwym fasonie. Ja niestety muszę być mutantem. I nigdy przenigdy nie będę mieć ładnych kobiecych butów, bo mnie Bozia uraczyła szerokimi zmutowanymi stopami i grubymi łydkami, na których żadne kozaki [o których marzę, ale to marzenie nie do spełnienia] się nie zapną. Nie wiem co mi pozostaje, chyba szycie butów na wymiar, ale to jakiś kosmos cenowy. 500 zł za buty? O nie, nie, nie. Tego moja dusigroszowa natura nie przeboleje. Całe szczęście, że chociaż ciuchy na grube baby są czasem całkiem przyzwoite i w dobrej cenie. Ale i tak ich nie kupię, bo na mnie będą wyglądać beznadziejnie! Jezzzu, przed oczami mam zdjęcia z wesela mojego brata. Naprawdę, nie wiem czy określenie fashion victim będzie tu odpowiednie, ale gdyby moje zdjęcie trafiło do sieci, pewnie w końcu doszłoby do Was linkiem z dopiskiem „LOL”. I jednak nie potrafię wyleczyć się z poczucia winy. Jak bym się nie wyginała, zawsze czuję, że nie zasługuję. Na ładny ciuch droższy niż 20 zł. Na kosmetyki droższe niż najtańsze. Na jedzenie lepsze niż studenckie. Na dobre, wygodne, porządne buty.

           Cały wczorajszy dzień próbowałam podnieść Niedźwiadka ze stanu, do jakiego doprowadziła go rodzina. Gdybym chciała opisać, z czym całe życie mierzył się mój chłopak… Pewnie zalewalibyście się łzami, tak jak ja się zalewałam, kiedy pierwszy raz opowiadał mi to wszystko. Rodzina potrafi dobić gorzej, niż obcy ludzie. Potrafi odebrać od ust ostatnią kromkę chleba i mieć w dupie, że komuś grożą poważne konsekwencje przez ich błędy. Dopiero kiedy objawił mi swoją historię, poznałam prawdziwe znaczenie słowa „patologia”. Z niczego nie cieszę się tak bardzo jak z tego, że wyrwał się spod ich destrukcyjnego wpływu, że już nie musi mieć z tym nic wspólnego [bo o odzyskaniu środków, które przeznaczyliśmy na pomoc im, to sobie pomarzyć możemy, o czym zresztą wczoraj raczyli Niedźwiadkowi powiedzieć… a są teraz w sytuacji lepszej niż my, bo cała czwórka pracuje i zarabia]. I choć przypłaciliśmy to wspólnie długiem, nerwami, a czasem prawdziwą biedą, jestem szczęśliwa, że to już za nami. Gorzej niż było być już nie może, to jest pozytywne. Cieszmy się z matek, które nie zrujnowały nam życia. Cieszmy się z ojców, którzy nie odebrali nam dzieciństwa. Cieszmy się z rodziców, którzy nie odebrali nam godności.

po rozmowie o pracę
Autor: innam
19 listopada 2010, 16:34

           Nie jest mi ani smutniej, ani gorzej ze sobą. Czekały ze mną jeszcze inne dziewczyny, chyba z sześć. Był jeden chłopak, ale zrezygnował. Rozmowa przebiegła perfekcyjnie, byłam wyluzowana, uśmiechnięta, rozgadana na każdy zarzucony temat. Nie przygotowywałam się nie wiadomo jak, a tu proszę. No wyszło mi ;) Rozmawiałam z tą kobitką jak z koleżanką z pracy, hyhy. Zatrudnienia naturalnie nie dostałam, bo pani już komuś obiecała [po co więc rozmowy z całą resztą, tego nie wiem]. Podobno coś ma się zwalniać w kwietniu albo w czerwcu, to wtedy mam pamiętać i znowu się pojawić z CV. I nie tracić nadziei, bo czasem bywa tak, że ktoś zostaje wywalony po tygodniu, bo sobie słabo radzi. Hehe. Nadziei to ja sobie nie robię w tym kierunku, ale muszę powiedzieć, że mimo nie otrzymania zatrudnienia, jestem z siebie bardzo zadowolona. Zrehabilitowałam się we własnych oczach, rozprawiłam z demonami nieudanej rozmowy pierwszej i od razu czuję się warta nieco więcej, bo udało mi się być tym, kim dzisiaj być chciałam. Co mnie smuci najbardziej, to brak pracy dla Niedźwiadka. Zaczyna coraz bardziej świrować z tego powodu. Nie wiem czasami jak mam sobie z tym poradzić i jak pomóc jemu.

           Odmowa z mojej strony na propozycję „BF” wywołała reakcję bardzo dziwną. Coś na kształt focha, że ona mi chce pomóc zdobyć doświadczenie, a ja odmawiam, że i tak siedzę w domu, to mogłabym coś zrobić ze swoim czasem. Przyznam, że podkurzyło mnie to nie lada, bo komuś się wydaje, że może oceniać co jest dla mnie lepsze i mówić mi, jak ja wykorzystuję swój czas. Więc jej napisałam, że wolę codziennie kupić chleb i mleko za kasę, którą wydałabym na bilety w obie strony. Taka jest brutalna prawda, hehe :) I jeszcze, że mnie od lipca rodzice już nie utrzymują, więc muszę sobie radzić zupełnie sama, a w mojej sytuacji trzeba myśleć racjonalnie. Najwyraźniej ją to dotknęło, bo już więcej nie odpisała. Łatwo się pisze o dobroczynności, jak się mieszka z rodzicami i nie martwi o to, co do gara włożyć. A jak się już uda nawet zarobić jakąś kasę, to można ją wydać na siebie, a nie na mieszkanie czy jedzenie. Nie użalam się nad sobą, Boże broń, uważam nawet, że znajduję się obecnie w dużo bardziej komfortowej sytuacji niż ona, bo żyję na własny rachunek, a ma to swoje wielkie plusy, ale wkurza mnie ta postawa… Jakby mi łachę robiła, że w ogóle zadzwoniła. Trzeba było nie dzwonić, a nie mi kazania prawić. Nie znoszę mentorskiego tonu. Szczególnie u kogoś równego mi pod każdym względem, kto w ogóle nie wie, co się u mnie dzieje :)

          Boli mnie głowa, Niedźwiadek gotuje obiad. Za oknem ciemno. Jesień. Zaczyna mnie mocniej ciągnąć do książek. Myślę, myślę i wymyślić nie mogę… Własnego interesu, no. Na co bym nie wpadła, to zaraz ktoś rozbija mi marzenia. A to, że nieopłacalne, a to że klientów nie będzie, a to że nie wyjdzie, a to że miasto za małe, a to konkurencja za duża. No ja pierdzielę!

nagły zwrot akcji
Autor: innam
17 listopada 2010, 22:56

          Jak nic się nie dzieje, to nic się nie dzieje i nie ma o czym pisać. A jak się dzieje, to zawsze wszystko naraz. Ze Stanów przyleciała Ciocia, by odwiedzić grób matki pierwszy raz od jej śmierci. A przy okazji oddać pełnomocnictwo w sprawie spadku mojej mamie. W związku z tym przesiedziałam dzisiaj 3 godziny u niegrzecznej, niemiłej, sklerotycznej i nerwowej notariuszki [czemu tam byłam? Bo docelowo mieliśmy dziś też przepisać ostatecznie mieszkanie na mnie, ale okazało się, że minęło pół roku i już na to za późno, trzeba to będzie robić w nieco inny sposób], której wszystkie trzy [Dziadzio jest zbyt schorowany, by ukazywać tego typu emocje] miałyśmy ochotę powiedzieć parę słów. Ale wiadomo, sytuacja podbramkowa, Ciocia musi wracać do siebie, a żaden notariusz z dnia na dzień nas nie przyjmie, więc każda trzymała język za zębami i tylko w długich momentach, kiedy kobieta wychodziła, komentowałyśmy poziom urzędników w Polsce. Którzy nota bene zachowują się, jakby pracowali za darmo, interesanta mają za bezmózga i domagają się pocałunków w rękę. Choćby po tym widać, że do wielu standardów światowych jest nam dalej, niż sądziłam. W trakcie czekania na dokumenty, dzwoniła do mnie opiekunka felernego stażu. Myślałam już, że o mnie zapomniała, dosłownie wczoraj mnie naszła taka myśl, że naobiecywała a tu jak zawsze gówno :) Hehe. Odebrać nie mogłam, ale napisałam, obiecała zadzwonić jutro. Pełnomocnictwo wydano, a w trakcie drogi do domu rodziców dostałam smsa. Pamiętacie tę moją haniebną rozmowę o pracę w empikopodobnej księgarni? Zaprosili mnie na kolejną. Powiadamianie smsowe uważam za wysoce nieprofesjonalne, ale przemilczę ten fakt. Wiem, jak to brzmi, ale… nie cieszę się. Wszystko wskazuje na to, że niby przeszłam do kolejnego etapu rekrutacji, ale co z tego, skoro w pierwszym zostałam dosłownie zdeptana i dokładnie pokazano mi, dlaczego nie nadaję się do tej pracy. Czyżby nie mieli nikogo lepszego ode mnie? A może wyfiokowana szefowa pragnie znów zobaczyć me pąsowiejące wstydem lico, bo sprawia jej dziką satysfakcję znęcanie się nad ludźmi z poczuciem wartości poniżej zera? Ale pójdę tam. Schludnie się ubiorę, strzelę skromny make-up, spróbuję podnieść głowę i udawać, że nie było tego co było. Nawet się przygotuję, bo mniej więcej wiem, w którym kierunku. Ale pójdę z nastawieniem, że od tej rozmowy nie zależy całe moje życie, a to, o co będzie mnie pytała ta kobieta to nie są rzeczy, których nie można się nauczyć w trakcie pracy. Bo nie są. Jeśli zechce mnie zatrudnić, to zrobi to. Jak nie, to trudno. Uczę się szybko, ludzie mnie lubią i nie boją się mnie. Dobry początek. A tak naprawdę to bardzo się denerwuję, a ta cała gadka jest próbą autoperswazji :) No ale pójdę. Nie stchórzę. Byłabym głupia, gdybym marudziła przy dzisiejszym poziomie bezrobocia. Tylko się boję, że jak nie dostanę tej pracy, to będzie mi pięć razy smutniej niż za pierwszym razem i będę się czuła ze sobą pięć razy gorzej, hehehe. Ale relanium czeka w pogotowiu..

          Jedyna słuszna droga dra Dukana okazała się mocno niesłuszna w moim przypadku. Spożywanie samych białek kończy się dla mnie słabością, zawrotami głowy i uczuciem ciężkości w żołądku mimo, że prawie nic nie jem, bo nie mam nawet ochoty. Dozwolone produkty są za mało różnorodne, bym dała radę na tym przetrwać. Całe szczęście to nie ja zostałam łamistrajkiem, to Niedźwiadek zdecydował, że to zbyt rygorystyczne jak dla nas i postanowiliśmy wrócić do zwykłej, szarej niskowęglowodanowej. I chwała mu za to! Zjadłam trochę warzyw, dwa owocki i czuję się jak nowonarodzona. Żołądek kwili z radości, a i mi jakby lżej. Przeszłam poważną próbę charakteru na obiedzie rodzinnym. Fryteczki, ciasteczka, ciasta, czekoladki, ptasie mleczka… Nie tknęłam nic. I nie mówię, że nie było mi żal. Oj było, było, było… No ale! Ta forma samoudręczenia to tylko dla zdrowia. Ciotka uznała, że super ze mnie laska się zrobiła [buahahahahaha, spoko, mówiła, że źle widzi na jedno oko :D], więc urodzie pomagać już nie muszę :D:D:D

           A. Wyjdę może na człowieka bez duszy i serca, ale co mi tam. Zadzwoniła „BF”, że ma staż w jakimś chrześcijańskim stowarzyszeniu, i że ma dla mnie propozycję. Prowadzenie korepetycji z polskiego [jak to usłyszałam, bardzo się ucieszyłam, ale entuzjazm po chwili zanikł…]. Za darmo. Wiem, nie mam duszy, nie mam serca, ale nie mam też stałej pracy ani opłacanych składek na ZUS. Moje gospodarstwo domowe nie ma dochodów. Choćby płacili symbolicznie, ale jednak płacili, to byłabym zadowolona. Ale jeśli muszę jeszcze dokładać do interesu na dojazdy, to już trochę mi się to nie uśmiecha. Własny kąt w piekle został właśnie wzbogacony o nowy, większy, żeliwny kocioł :)

donoszę!
Autor: innam
09 listopada 2010, 22:12

          Po paru dniach intensywnej pracy przy komputerze trudno zmusić się, żeby napisać coś od siebie. Po paru godzinach czytania i korekty dostaję oczopląsu i mam ochotę uciec od komputera jak najdalej. A że jestem swego rodzaju pracoholikiem [ja bym tak tego nie nazwała, ale Niedźwiadek twierdzi, że lubię się zajeżdżać do nieprzytomności pracując], to przekraczam ustalone wcześniej dzienne normy, bo… tak. Nawet nie wiem czemu :) Ale zawsze taka byłam. Jak mam coś do zrobienia, to robię to do utraty sił, bo inaczej poczucie obowiązku wyżre mi mózg.

          Dochodzą mnie słuchy o tym, jakoby jedna z Dziewoj rozważała zamęście. Nie kochając swojego ewentualnego przyszłego męża. I dając do zrozumienia, że obawia się, iż nie uwolni się w przeciwnym razie od rodziców, a poza tym jest on dobrym żywicielem. Wiem, wiem, zawsze byłam idealistką, ale uciekanie od własnej życiowej nieporadności w ramiona bogatego faceta wydaje mi się nieco… poniżające. Na szczęście w naszym dziewojowym gronie stać nas na szczerość i nie tylko ja wyraziłam swoje powątpiewanie w słuszność pośpiechu ku zamęściu bez odpowiedniego uczucia. Zresztą kto powiedział, że jak się ma 24 lata i chłopa to od razu trzeba do ołtarza. Jak się ma choć odrobinę wątpliwości, to lepiej miliard razy te wątpliwości rozważyć, niż potem przeżywać rozwody tudzież żyć w jakimś żalu. Mądre mam Dziewoje. A żeby było zabawniej – chciałabym być już narzeczoną :) Żoną może jeszcze nie, hehe.

          Nie mam czasu za wiele myśleć o swoim położeniu zawodowym. Bezrobocia nie odczuwam wcale, bo tak właściwie to póki co pracuję :) Gorzej będzie, jak to się skończy, ale nie chcę na razie o tym myśleć. Zainwestowałam w siebie i kupiłam drukarkę. Bardzo mi się przyda, od paru lat zresztą byłaby mi przydatna, ale dopiero teraz mogę. W ogóle to cholernie zaskakująco przyjemne uczucie, kiedy mnie na coś stać. Że mogę pójść do sklepu i kupić. Tak po prostu. Nikogo nie prosząc o zgodę, o pieniądze, z nikim się nie konsultując. Niedźwiadek leczy mnie z chorobliwego oszczędzania na sobie, powtarza, że pracuję i zasługuję na to, by czasem sprawić sobie przyjemność. Fajny facet z niego :D Prywatna terapia poczucia winy ;) Jedyny minus jest taki, że skoczyłam o rozmiar w górę :D Ale co tam, pięknem świata jest jego różnorodność :D

          Krążąc wokół zawodowych tematów zdarza mi się pomyśleć o Domu Kultury, w którym miałam staż. Na półce w pokoju kurzy się pudełeczko z odznaczeniem „Nasz Najlepszy” sprzed jakichś 7 lat, przypominają mi się uściski dłoni od prezydenta i innych takich „osobistości”. Wtedy stanowiłam wartość dla dyrekcji, wtedy były medale, bo wygrywało się konkursy i festiwale. Dzisiaj nikt o tym nie pamięta, a najmniej dyrekcja. Dziwny, dziwny jest ten świat. Kim trzeba być i co robić, żeby zasłużyć na względny szacunek?

          Niedźwiadek roznosi wszędzie papiery i ciągle nic. Widzę, że się łamie. Staram się wspierać go jak mogę, ale sama wiem, że lekarstwem na ból bezrobocia jest praca, nic innego. Trzyma nas we względnej nadziei myśl o własnej działalności. Sis powiedziała mi ostatnio, że nas podziwia, że jeszcze się nie poddaliśmy. No a co mam robić, powiesić się? :) To jeszcze nie ten etap załamania :D Wciąż wierzę, że rozpacz mnie jednak ominie :)

          A! Jeszcze się nie chwaliłam, że urządziliśmy sobie z Niedźwiadkiem kino domowe dla ubogich :D Wzięliśmy stoliczek pod telewizor wraz ze starym telewizorem Babci do „sypialni” [bo sypialnią tego nazwać nie można jeszcze :D], kupiliśmy odpowiednie kabelki i wieczorami oglądamy sobie filmy z komputra :) A z uroków mieszkaniowych: odpadła mi klamka w wc, w kuchni jak się wyleje większą ilość wody do zlewu, to dołem puszcza rura, tak chyba działo się już od lat, więc mam pod zlewem prawdziwą hodowlę grzybów wszelakich, w łazience przeprowadzam akcję obsuszania pleśni, już nią tak nie śmierdzi, więc może trochę zdechła, jak włączę jednocześnie pralkę i żelazko/piekarnik/suszarkę do włosów/odkurzacz, to wywala mi korki na godzinę [nie da się ich przez godzinę „naprawić], a jak chodzi pralka albo piekarnik to od korków czuć swąd palonych przewodów, w łazience wybuchło mi gniazdko i generalnie, żeby podłączyć pralkę, to muszę połączyć ze sobą trzy przedłużacze z gniazdka w kuchni :D Szkoła przetrwania! :D

bezrobocie dzień 1.
Autor: innam
03 listopada 2010, 18:34

          Następnego poranka obudził mnie strach. I myśl, że rozumiem już, dlaczego tak łatwo uzależnić się od uspokajaczy. Więcej nie wezmę, no chyba, że znów przydarzy mi się ekstremalna sytuacja stresowa. Sprzątanie też dobrze uspokaja. Wzięłam się za mieszkanie z rana, skończyłam pod wieczór, ale mogę powiedzieć, że jest czysto na tyle, na ile mam możliwości. Porządki traktuję nierzadko dość symbolicznie. Usuwam brud, wyrzucam śmieci, zrywam z przeszłością. Zmieniam pościel, przygotowuję świeżą piżamę, zaczynam od nowa. Potem równie symboliczny prysznic z peelingiem, by zedrzeć od stóp do głów wszystko, co związane z paskudnym „wczoraj” i można mierzyć się z rzeczywistością. Bolą mnie mięśnie, pachnę czekoladowym masłem do ciała i postanawiam uczynić swoje bezrobocie jak najbardziej znośnym poprzez rzucenie się w wir pracy [mam w końcu co robić] i nie pozostawianie sobie zbyt wiele czasu na czucie się śmieciem.

           W międzyczasie przemyśliwam kwestię własnej działalności gospodarczej, ostatnie wydarzenia dały mi impuls ku temu, by podjąć temat na poważnie. Są przecież dofinansowania i kredyty ułatwiające start. Może nie muszę być pionkiem w czyichś rękach? Może potrafię i mogę być panią samej siebie? Poza tym jest nas dwoje. Razem można by coś zdziałać. Jeszcze trochę i mój blog stanie się tematyczny: od nędzy do pieniędzy, od zera do milionera, buehehehehe. Chciałabym przestać wreszcie w siebie wątpić.

relanium
Autor: innam
02 listopada 2010, 17:59

          Kiedy tak siedzę sobie chemicznie uspokojona, zastanawiam się, dlaczego nigdy w życiu nie brałam nic takiego. Dlaczego tak siebie katowałam przez tyle lat, a dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nad emocjami można zapanować. Jeśli nie siłą własnego umysłu, to prochami. Zupełnie poważnie mówię, że pójdę do psychiatry. Już wiem, co mu powiedzieć, jak mu powiedzieć i czego oczekuję. Straciłam kontrolę, odeszła gdzieś dawna twarda M., a został płaczliwy kłębek nerwów. Tak nie można. Chcę dawnej równowagi i wierzę, że odpowiedni lekarz pomoże mi ją odzyskać.

          To miał być ciężki dzień. Przygotowałam się na to, że może być dziwnie. Ale na takie coś gotowa nie byłam. Ledwo przekroczyłam próg sekretariatu, dyrekcja wezwała mnie do siebie. Nie owijając w bawełnę, opierdoliła mnie od góry do dołu za zwalanie swojej winy na sekretarkę, że ona tu nie jest, żeby dzieci niańczyć, że powinnam sama pilnować swoich spraw i ona poważnie zastanawia się, czy chce mnie tu jeszcze na staż. Słuchajcie, kopara opadła mi dwa piętra niżej. Dostałam opierdol za CZYJEŚ przewinienie! Za CZYJEŚ niedopilnowanie obowiązków! Oczywiście, standardowo nie umiałam się wybronić tak, jak powinnam. Powiedziałam jedynie, że robiłam dokładnie to, o czym dyrekcja właśnie mówi: przypominałam nachalnie wręcz sekretarce o swoich sprawach, ale było to systematycznie olewane. Niestety, wina została uznana moją, mogłam równie dobrze gęby nie otwierać nawet. Uznałam, że w takim układzie nie chcę już tu stażu, o czym poinformowałam. Dyra coś tam pomarudziła [wiedząc pewnie, że właśnie zostawia mnie na lodzie], że popyta swoich koleżanek ze szkół, czy by mnie na stażystkę nie chciały, ale szczerze to pierdolę jej pomoc i jej koleżanki ze szkół. Przepraszam za słownictwo, ale dzisiaj to było już przegięcie i nie będę delikatna. Poszłam do swoich koleżanek z pracy, które obskoczyły mnie i zaczęły pytać, czy zostaję, czy mam przedłużenie. No i się przelało, zaczęłam szlochać, potem płakać i o. Dały mi chwilę na uspokojenie, opowiedziałam w czym rzecz, wkurwiły się ostro, opiekunka stażu dogadała sekretarce za krycie własnego dupska przed dyrekcją, w efekcie czego ja dostaje opierdol. Miałam ochotę uciec stamtąd natychmiast, ale musiałam czekać na papiery, a opiekunka stażu jakieś drobne robótki ciągle mi wymyślała. Jak skończyłam wszystko, poszłam do tamtej baby po moje dokumenty, zabrałam wszystko i już zbierałam się do wyjścia, kiedy mnie dogoniła i przeprosiła. Ze łzami w oczach i drżąc. Fajne przedstawienie. Ona podobno nie chciała tak dyrekcji mówić, ale musiała, i ona mnie przeprasza, że ja za to oberwałam, i że ja wspaniała dziewczyna jestem. Och tak, w to nie wątpię. Jestem wspaniała, bo nie rzuciłam w twarz, że one obie koleżaneczki ukartowały to wszystko, bo nigdy w historii tego miejsca stażyści problemów nie mieli z przedłużaniem, żadnych pomyłek w terminach nie było. Uwielbiam kłamstwa w żywe oczy. Może jestem młoda i naiwna, może życie mnie jeszcze wielu rzeczy nie nauczyło, ale takie podłe kłamstwa to mogą sześciolatkom wciskać. Pożegnałam się z koleżankami trochę pośrednio [tu liścik, tam sms], bo przy moim rozstroju nerwowym mogłabym znowu zalać się głupimi łzami.

          A teraz siedzę sobie chemicznie uspokojona, przed chwilą dzwoniła mama powiedzieć, że znajdę sobie lepszą pracę, w której ludzie będą mnie szanować, a ona i tato mi w tym pomogą. I że mnie kochają. Chciałabym, żeby to nie było czcze gadanie, tylko prawda, taka nie tylko na sytuację, w której ledwo trzymam się kupy i można się bać, że zrobię sobie krzywdę ;)

         Jutro będzie lepiej.

strach przed jutrem. dosłownie.
Autor: innam
01 listopada 2010, 11:53

           Jutro czeka mnie mało przyjemny dzień. Nie wiem, jak mam się zachować, kiedy wejdę do sekretariatu. Mam okazywać, jak bardzo dotknął mnie fakt zaniedbania ze strony sekretarki? Mam dać upust swojej złości? Dogadać jej coś? Naprawdę, nie mam pojęcia. Podobno coś mówiła, że będzie starała się to odkręcić, ale moim zdaniem nie ma mowy o żadnym odkręcaniu dwa tygodnie po terminie. Nie ma co się łudzić. Chciałabym mieć tę głupią sytuację za sobą.

           Po ponad miesiącu odważyłam się wreszcie odwiedzić rodziców. Wizyta jak zawsze sprowadziła mnie do tych samych wniosków – więcej mam wsparcia od Niedźwiadka i przyjaciółki niż od własnej matki i ojca. Matka zapytała mnie, kiedy będę miała pieniądze. Powiedziałam jej, że może gdzieś w połowie grudnia. Ostrzegła, że mam opłacić koszty notarialne związane z przepisaniem mieszkania Dziadzia na mnie. Nie całe, część. Ale ta część to wciąż dużo dla osoby, która nie ma pracy, a dochody które uzyska – miejmy nadzieję - wystarczą jej na przeżycie kilku miesięcy. Czuję się, jakby matka dawała mi kolejną nauczkę w stylu: „znalazłaś sobie faceta, który nie umie cię utrzymać, to cierp!”. Zapłacę wszystko, co będzie chciała, nawet się nie skrzywię, chociaż wiem, że dla nich opłacenie tego nie byłoby wielkim problemem. Ale poczucie krzywdy rośnie we mnie z każdym takim incydentem, z każdym wrednym komentarzem i z każdą pustką pozostającą po nadziei zobaczenia jej wyciągniętej do mnie dłoni. I kocham bardzo Młodego. Kiedyś wszyscy troje pokażemy im, że nazywali nieudacznikami niewłaściwe osoby.

           W sobotę zabrałam Sis na wielki deser. Przegadałyśmy parę godzin i umówiłyśmy się na akcję w związku z problemami rodzinnymi u niej. Niedzielna kolacja-imprezka w towarzystwie jej ojca odniesie mam nadzieję należyty skutek. Niedźwiadek pogadał z nim trochę jak facet z facetem, opowiedział o swoich doświadczeniach, no i mam nadzieję, że to sprawi, że ojciec Sis weźmie się z życiem za bary, stawi czoła problemom i uda na leczenie. Wierzę w to mocno, bo porządny z niego facet.

          Tak w ogóle przełożona odważyła się wreszcie zapytać, w jaki sposób Obszczymurek dostał tę pracę. Nie miał oporów, żeby przyznać się, że jego znajoma jest przyjaciółką dyrektorki. Napisała pisemko, poleciła go i ot, wskoczył znienacka na jedyne wolne miejsce. Dlaczego mnie to nie dziwi?

          Kupiłam sobie na ciuchach spodnie. Przyzwoite dżinsy. Jedyna wada, że rozporek się sam rozsuwał, no nie dałoby się nosić, bo tak wiecznie z przeciągiem w spodniach to nie bardzo. Więc zaniosłam je do krawcowej, poprosiłam o wymianę zamka błyskawicznego. Pani chyba była mocno zapracowana, bo obiecała mi je dopiero na tydzień później. A że na czasie mi nie zależało [chciałam tylko uratować spodnie], to zapłaciłam z góry i poszłam. Tydzień później, zgodnie z umową, idę je odebrać. Podaję nazwisko, co było robione. Pani szuka, szuka, szuka, szuka i szuka. Spodnie zniknęły! Stałam nad nią z 20 minut, przerzucała ciuchy i w końcu stwierdziła, że ktoś musiał je odebrać. Trochę się już zdenerwowałam i odpowiedziałam, że to niemożliwe, bo tylko ja wiem, że je tu przyniosłam, nikt inny nie mógł ich zabrać. W końcu po pół godziny po przerzuceniu po raz 30 kupy ciuchów znalazła moje spodnie. Głupio jej się zrobiło tym bardziej, że zamek nie ruszony. Heh. Przyszłam pół godziny później, zamek od 20 minut gotowy. Nie można było tak od razu? ;) No przecież, że nie, bo to MOJE spodnie :D

          Listopadowe święta w tym roku jakby mnie nie dotyczą. Może tylko myślę więcej o Babci. I gdzieś tam łzę uronię nad tym, że na własne życzenie ludzie stają się sobie obcy, dalecy. A potem bardzo tego żałują.

rzecz o niekompetencji tudzież złośliwości...
Autor: innam
29 października 2010, 17:58

          Na jednym wózku z Niedźwiadkiem będę śmigać wcześniej, niż miałam nadzieję. Podziękowania składamy na ręce mistrzyni dotrzymywania terminów, znawczyni przepisów - pani Bożenki!!! <brawa>

          Rano zajrzałam do sekretariatu, podbić listę, pogadać o przedłużeniu, o które łażę i jęczę od prawie miesiąca. „Główna sekretarka zna wszystkie terminy, trzyma rękę na pulsie” – słyszę. Ok., skoro tak. Biegnę kserować listę, zatrzymuje mnie młody konserwator, którego lubię bardzo. Pyta, kiedy kończę staż i czy zostaję jeszcze na dłużej. Tłumaczę mu, że bardzo bym chciała, ale wiadomo jak jest, miasto nie ma pieniędzy. „Jak złożysz wniosek, daj mi znać – uruchomię swoje kontakty, mam paru znajomych w UP, spróbujemy coś wykombinować”. Podziękowałam mu i nieco wzruszona, podbudowana optymizmem wróciłam do swoich obowiązków. Po drodze do domu zahaczyłam o UP, gdzie pytam jak rozwiązać parę technicznych kwestii, a przy okazji dopytuję o termin składania wniosków o przedłużenie. „Yyyy... półtora tygodnia temu?” - pada nieco zaskoczona odpowiedź. Opadła mi kopara. „Proszę przejść do pokoju obok i dokładniej zapytać”. W pokoju obok naturalnie usłyszałam to samo, wzbogacone o: „nie można przedłużać stażu, który się skończył” oraz „wniosek o nowy staż może pani złożyć w styczniu, bo miasto nie ma już pieniędzy”. Aha. Wyszłam, siadłam na ławkę. What the fuck?! Gdzie ta ręka na pulsie? I gdzie te wszystkie dotrzymane terminy? Po pierwszej fali wzburzenia naszła mnie myśl, że może to zamierzone działanie, że może sekretarka po prostu składa wniosek o nowy staż dla mnie, ale kurde, jaki to ma sens? Przedłużenie ma większe szanse powodzenia niż nowy staż. Jednym słowem zostałam zrobiona w balona i mam ochotę nazwać to bardziej dosadnie. Także tyle by było z mojego stażu i moich 740 zł miesięcznie.

głupie pytania
Autor: innam
28 października 2010, 16:39

          Z rozkosznego snu wyrwałam się sama myślą, że promienie słoneczne wskazują na jakąś 10.00, więc na pewno nie zadzwonił mi budzik. Nie zadzwonił, bo było prawie pół godziny przed czasem, w którym miał zacząć wyć. Widząc dachy kamienic za oknem, myślałam – tylko nie to! – że spadł śnieg, takie były białe. Ale to tylko przymrozek spłatał figla mym oczom. Ludzie zaczęli ocieplać krzewy na zimę. A mnie w drodze do pracy szczypały policzki. Chyba dzisiaj poszukam jakichś rękawiczek.

         Uświadomiłam sobie, że poniedziałek mam wolny. Czas znów zatoczył koło i będzie listopadowe święto. Zbieram się na odwagę, by na wizytowanie grobów przyłączyć się do rodziców. Nic im ani sobie nie obiecałam jeszcze wprawdzie, no ale zobaczymy. Z Sis już umówiłam się na sobotę, w ramach podziękowania za wszystko chcę ją zabrać na jakiś wypasiony deser do fajnej cukierni. I niech mi spróbuje zamarudzić tylko, że jej stawiam. Nigdy w życiu nie było mnie stać, żeby cokolwiek móc jej zasponsorować, to teraz, póki mogę, muszę to zrobić :) Jestem jej to winna po tysiąckroć.

          Rozmawiałam dzisiaj w pracy z przełożoną o mojej matce [tak, można powiedzieć, że jesteśmy dobrymi koleżankami], odrobinkę jej się zwierzyłam, zarysowałam sytuację [bez wgłębiania się w drastyczne szczegóły, bo po co to komu…] i ona stwierdziła, że dobrze sobie radzę. Że brak akceptacji mnie i moich wyborów ze strony matki to tylko i wyłącznie jej problem. I że można żyć bez tego, choć niewątpliwie jest to przykre. Dobrze, że podczas tej rozmowy miałam coś do roboty, bo mogłam ukryć napływające do oczu łzy w momencie, kiedy zapytała mnie: „ale wiesz o tym, że jesteś osobą niezwykle wartościową, zdolną, niesamowicie samodzielną i sprytną? Wiesz o tym, prawda? I nie musisz matce udowadniać swojej wartości”. Problem w tym, że nie wiem o tym, a udowadnianie matce, że zasługuję na miłość i szacunek jest mi potrzebne, a nie idzie mi za dobrze. I nie czuję, że zasługuję na miłość i szacunek. Bo jeśli nie mam bezwzględnej miłości i szacunku ze strony własnej matki, to jak mogę kochać i szanować siebie? I jak ktoś inny może kochać i szanować mnie? Walczę z tym, walczę ze sobą, ale na razie przegrywam.

          Nie znoszę, kiedy wsadzają mnie czasem do sekretariatu. Te baby tam są straszne, a sąsiedztwo z dyrektorką przez drzwi mnie dobija. Poza tym, co ma za sens sadzanie mnie tam, jeśli nie jestem w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie, jakie dzwoniący czy przychodzący zadają? No ale siedzę posłusznie. Któregoś razu weszła do mnie biednie odziana kobieta w średnim wieku. Widać, że zmęczona i smutna. Pytała o pracę, czy może do sprzątania kogoś tu nie trzeba. Powiedziałam, że trzeba z dyrekcją rozmawiać na ten temat i zachęciłam, by usiadła i ze mną poczekała. Okazało się, że od dawna poszukuje pracy, podobnie jak mi skończyły się jej miejsca, w których można pytać. Wyznałam jej, że ja tu tylko na stażu i że mi się kończy i też mnie nigdzie nie chcą. Na rozmowę z dyrekcją się nie doczekała, wyszła, a ja zastanawiam się, kiedy nadejdą lepsze czasy dla ludzi w Polsce B. Może kiedy powstanie tu to wielkie centrum handlowe to coś się ruszy. Może przybędzie z 50 miejsc pracy. Ale czym jest 50 miejsc na tysiące bezrobotnych?

          Ktoś zapytał mnie ostatnio, czy Niedźwiadkowi nie jest źle z tym, że ja pracuję a on nie. Co za beznadziejne pytanie w ogóle. A komu jest dobrze z tym, że nie pracuje? Komu jest dobrze  z tym, że czuje się nieużytkiem i nieudacznikiem? Zresztą nie oszukujmy się, niedługo będziemy jechać na tym samym wózku. W tą gorszą stronę ;) Dość głupich pytań na następne pół roku.

          Przełożona chce, żebym uczyła jej syna polskiego. Pomagała mu w lekcjach, przygotowywała pod kątem matury itd. Nawet cieszę się na myśl o tym, szczególnie, że chłopak ewidentnie potrzebuje pomocy, jest zagubiony i tłamszony przez polonistkę. Ha! Podobno raz w tygodniu, zaczynamy od listopada. Fajnie. Polubi mnie zbuntowany nastolatek? :D

niedzielnie
Autor: innam
24 października 2010, 15:06

            Wysypiam się, jak dawno się nie wysypiałam. Nie budzi mnie w nocy cios łokciem w twarz, przyszczypnięcie boku ani kopnięcie w łydkę. Dopiero teraz, jak przesypiam normalnie całe noce, widzę, że wcześniej naprawdę było słabo. Przede mną ostatnie półtora tygodnia stażu, ciekawam bardzo decyzji. Jaka by nie była, nie będę już bardzo się martwić, jeśli przedłużenia nie dostanę. Parę osób mówiło, że popyta w mojej sprawie innych osób, ale nie widzi mi się, że coś z tego będzie. Na razie jednak nie myślę o tym za wiele. Jest dobrze.

           Bywają takie momenty olśnienia, w najmniej spodziewanym momencie, kiedy z tysiąckrotną siłą uderza mnie poczucie bliskości, zrozumienia i więzi z Niedźwiadkiem. Uświadamiam sobie wtedy, że nigdy i nikt nie będzie mnie rozśmieszał jeszcze zanim otworzę oczy rano i tuż przed zaśnięciem, że z nikim nie pożartuję tak, jak z nim, że nikomu nie mogę powiedzieć tak wprost wszystkiego, jak jemu. Ja sobie po prostu nie wyobrażam życia bez niego, nie chcę i nie umiem już. Jest moją codziennością, częścią mnie, bez której czuję się niekompletna. Wzrusza mnie do łez myśl o pierwszych wspólnych Świętach, które będziemy obchodzić w tym roku.

           Mam wyrzuty sumienia względem mojej Sis. Nie odzywam się do niej za często, ciągle unikam spotkań i jakbym tak miała jej wytłumaczyć dlaczego, to moje tłumaczenia pewnie wydałyby się bardzo pokrętne. A mi jest zwyczajnie wstyd. Że nie radzę sobie tak dobrze jak ona: kobieta sukcesu, pewna siebie, pewna swojej wartości, umiejętności, narzeczona bogatego chłopaka z dobrze prosperującą firmą, z pięknym mieszkaniem, której tak właściwie niczego nie brakuje, spełnia się w życiu. Kiedy opowiadam jej o moich zmaganiach z rzeczywistością, wiem, że ona chce tego słuchać, chce mnie wspierać i w ogóle. Ale czuję się jak jakaś ciamajda, fujara skończona, której nic w życiu nie wychodzi. Jest najlepszą osobą, jaką znam, od rodziców nie zaznałam tyle wsparcia co od niej, ale to poczucie bycia… gorszą. Zniechęca mnie. Pewnie obraziłaby się śmiertelnie, gdyby przeczytała moje słowa, ale nic nie poradzę. Tak czuję. Muszę się wreszcie z nią zobaczyć, okropna ze mnie przyjaciółka.

          Ale żeby nie kończyć notki takim tonem, to Wam powiem, że czuję, że wszystko się wyprostuje. Bo czemuż by nie? ;)

łóżko
Autor: innam
19 października 2010, 15:47

          Oł. Maj. Gad. Te trzy słowa mówią wszystko. Wczoraj przywieźli łóżko. W częściach. Ja byłam w pracy, więc Niedźwiadek sam wtaszczał to wszystko na nasze czwarte piętro. Aż mi go szkoda było. Myślałam, że składanie tego do kupy to będą góra 3 godziny. Ha! Od 15.30 do 23.20. A to też nie skończyliśmy. Złożyliśmy na tyle, żeby się dało przespać. Odciski na rękach, zmęczenie, ból, pot, pożyczanie wiertarek późnym wieczorem od rodziców, moje prawie-omdlenie. Niedźwiadek mówi, że i tak nieźle sobie radziłam, jak na kobitę, chociaż z facetem szło by mu szybciej :D To była jazda bez trzymanki. Dzisiaj w kolejne dwie godziny dokończyliśmy dzieła. Wyrko jest wielkie, piękne, wygodne. Chyba zacznę spędzać więcej czasu w naszej tzw. sypialni :) Oczywiście pierwsza noc na nim totalnie nieprzespana, ale jak się przyzwyczaję, to nie będę chciała z niego wychodzić :P W ogóle fajnie tak sobie wyobrażać, co będzie w tym mieszkaniu dalej [no oprócz wyobrażania sobie, co zrobimy z łóżkiem, jeśli kiedyś będziemy chcieli położyć panele, gładź na ściany i wszystko odmalować…]. Marzy mi się w sypialni toaletka. Taka wiecie… buteleczki, pudry, świecidełka, lustro. Ach, ta niesforna babska część mnie :P

          Ten tydzień w pracy to prawdziwy luzik. Nie ma mojej przełożonej, bo się urlopuje gdzieś za granicami kraju, więc hulaj dusza, piekła nie ma. Udało mi się nie być wkręconą w dzisiejszą imprezę, na której będą się wysilać moi współpracownicy. Mam jeszcze dwa wolne dni do wykorzystania, zastanawiam się, kiedy je sobie wziąć… W chałupie rozpierdziel, stara obrzydliwa kanapa do rozparcelowania i wyniesienia na śmietnik… Jestem zmęczona na samą myśl :D

spokój
Autor: innam
16 października 2010, 12:52

           Pieniądze to nie wszystko. Ale wszystko bez pieniędzy to ch*j – jak głosi mądrość ze znanego polskiego filmu. Na myśl przychodzi mi piramida Maslowa i dwie podstawowe potrzeby. Jeśli nie możesz ich zaspokoić, to trudno poczuć się w pełni człowiekiem. Moje dwie podstawowe [i Niedźwiadka również] zostały na jakiś czas zaspokojone. Dawno nie byłam taka szczęśliwa, jak jestem teraz. Mam pracę [to zlecenie, o którym pisałam wcześniej], która sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję i poczucie, że robię coś istotnego. Mam zabezpieczenie na wypadek utraty stażu, więc nie boję się nadchodzących miesięcy tak, jak bałam się wcześniej. Tak właściwie to cała ta sprawa spadła mi z nieba, można powiedzieć. Niedźwiadek nareszcie się przebadał i okazało się, że jego leki są droższe niż myślałam. Nie moglibyśmy ich wykupić, gdyby nie zlecenie. W dodatku obrzydliwa i cuchnąca kanapa, na której spaliśmy już całkiem się rozpadła. I nie byłoby na czym spać, gdyby nie ten zastrzyk finansowy. Kupiliśmy łóżko [dopiero w poniedziałek dostarczą, ale warto czekać i się przemęczyć, bo jest świetne :)]. Odwiedziliśmy też ulubiony ciuchland i obkupiliśmy się za kilkadziesiąt zł, ja np. wyhaczyłam świetną kurtkę na jesień za dwie dychy – akurat się trafiło, bo nie miałam :) W domu już prawie posprzątane po tym nieszczęsnym malowaniu okien. Wyprałam firany i zasłony i jakoś od razu przytulniej. Z Niedźwiadkiem dawno nie układało nam się tak dobrze jak teraz. Jesteśmy pełni nadziei, znów zaczęliśmy marzyć i planować. Chciałabym, by to poczucie bezpieczeństwa, ten spokój ducha i brak zmartwień o każdy nadchodzący dzień został ze mną na dłużej. Odpoczywam. Jak nigdy.

 

           Powiem Wam, że sąsiadka zza ściany jest chyba zboczona i na mnie leci. Już drugi raz podczas spotkania ze mną złapała mnie za pierś! Niby gest przypominający poklepanie w ramię, tylko zadany w bardziej intymne miejsce. A do tego jeszcze tekst w stylu: „ależ ta M. ładna, mogłabym na nią patrzeć i patrzeć!” – skierowane do Niedźwiadka. Za pierwszym razem myślałam, że nie wycelowała, w końcu miała operację na zaćmę i w ogóle swoje lata już ma, ale teraz? Teraz to jest już silnie podejrzane :P Jeszcze jeden taki incydent, a spiorę ją po łapach :D

lepszy czas
Autor: innam
13 października 2010, 16:11

          Mieliście tak kiedyś, że wydawało Wam się, że zapadacie się w najgłębsze bagno własnej beznadziei, że już nic nie będzie lepiej, a tu nagle pojawia się ktoś, dzięki komu odzyskujecie wiarę w to, że może jednak jesteście potrzebni i do czegoś zdatni? Ja tak miałam przed dwoma dniami. Dostałam maila, a w mailu taaaaaaka porcja nadziei. Do dzisiaj chodzę uśmiechnięta i jakoś tak mi lżej. Muszę napisać, że popełniłam duży błąd budując sobie opinię o ludziach biznesu na podstawie tych kilku, których - chcąc nie chcąc - obserwowałam z piwnic pewnej doskonale prosperującej firmy budowlanej. Stereotyp wytworzony w mojej głowie wywrócił się do góry nogami.

          Dobry Człowiek dał mi zlecenie. Zgodne z wykształceniem i umiejętnościami. Mam w serduchu tyle radości, że zdolna bym była obdarować nią jeszcze parę osób :) Dobry Człowiek sprawił, że mogłam pochwalić się zawiedzionej mną matce, że zrobię COŚ i ktoś mi za to płaci [tak właściwie to ja się nawet nie chwaliłam, ja chciałam jej pokazać, że ktoś – i to nie byle kto - uznał, że do czegoś się nadaję]. Tak, to mnie podbudowało. Mam mnóstwo zapału do wykonania powierzonego mi zadania, nie mogę się już doczekać :)

          Spacerując w kierunku miejsca tymczasowego zatrudnienia rozmyślałam o sytuacji w moim mieście na rynku pracy. Zastanawiam się, czy tylko w tym regionie praca jest już tak luksusowym dobrem, że ludzie obawiając się utraty posady stają się nieuprzejmi wobec tych, którzy zatrudnienia szukają. Bo niestety tak to wygląda. Wchodzisz do instytucji, mówisz, że poszukujesz pracy, a ktoś mierzy Cię takim wzrokiem, jakby chciał wydrapać Ci oczy. Niczego Ci nie ułatwia, robi wszystko, żebyś nie nawiązał kontaktu z szefem, czasem wprost mówi, że nie masz tu czego szukać. To cholernie zniechęca. Trzeba mieć mnóstwo siły w sobie, żeby podejmować kolejne próby. Ciekawe, czy UP zechce łożyć na mą wypłatę przez kolejne 3 miesiące. Miło by było.

          Tymczasem mamy piękną jesień, liście złocą się na drzewach, kasztany turlają po ulicach, mroźne powietrze orzeźwia, nawet niedopite punki żebrzące o parę złotych na jabola są wyrozumiałe, kiedy mówię, że nie mam pracy :D A wszystko wskazuje na to, że nastał dla mnie lepszy okres. Skończyliśmy malować ramy okienne! Niezły czas, dwa miesiące. Jestem spokojniejsza o nadchodzącą zimę. Chomica jest najurokliwszym stworzonkiem wszechświata, Niedźwiadek jest nią urzeczony, a Stara Z Dołu przestała się mnie czepiać i już tylko odpowiada [odbąkuje właściwie] na „dzień dobry”. Wykorzystuję kolejne dwa dni urlopu, bo staż ma się ku końcowi, a mi zostały jeszcze ze 4 wolne dni :) Lubię długie weekendy :)

dżungarska królewna
Autor: innam
08 października 2010, 18:14

          Małe cudka [bo cuda to już zbyt poważne słowo] zdarzają się nam w życiu codziennym. Moim cudkiem było odkrycie, że na koncie została mi piękna, nienaruszona stówka. Niedźwiadek od razu uznał, że należy mi się jakiś prezent po moich pełnych stresów ostatnich dniach [hehe]. Wiedziałam od razu. Tak więc po dniu spędzonym na łażeniu, porównywaniu cen i produktów, mogę już zaśpiewać: każdy ma swojego bzika, każdy swoje hobby ma – a ja w domu mam chomika... :P Mam klatkę, mam małą popielatą dżungarską ślicznotkę, w której oboje się zakochaliśmy. Dawno nic nie sprawiło mi takiej radości, naprawdę. Marzyłam o pupilu od ponad 5 lat.

         Wolne od pracy dni uważam za wykorzystane prawidłowo. Teraz już nie mogę mieć pretensji do siebie, że nie zrobiłam naprawdę wszystkiego, co mogłam, żeby znaleźć pracę. CV będę rozsyłać dalej, dalej będę je wciskać ludziom do rąk, ale już tylko po drodze. Bo nie ma już takich konkretnych miejsc, do których mogłabym pójść. Wszystkie są już dotknięte mroczną dłonią M.

        A został mi jeszcze caaaaały weekend. Niedźwiadek przebąkuje coś o sobotnim karaoke. Hmmmm.... :)

       Mówiłam już, że mam najlepszego chłopaka na świecie? :)

jestem nikim, nic nie potrafię i do niczego...
Autor: innam
07 października 2010, 14:19

         Pierwsze wrażenia typu „chcę umrzeć” już mi przeszły. Pewnie przez miesiąc będę się katować tym, jaka jestem beznadziejna. Wzięłam sobie wolne na czwartek i piątek z mocnym postanowieniem poszerzenia kręgu odbiorców mojego jakże skromnego CV. Podrukowałam sztuk 20 wersji jednej, drugiej sztuk 15. Miałam nawet wypisane miejsca, które odwiedzę. Niedźwiadek [na całe szczęście!] wyruszył ze mną. Zrobiliśmy sobie długi spacer, podczas którego wstępowałam do różnych księgarni i wciskałam swoje świstki. Niektórzy brali z uśmiechem, inni z łachą, a jeszcze inni w ogóle wziąć nie chcieli [ani nawet dać namiarów na ogólnopolskiego szefa!!]. No i wstąpiłam jeszcze do takiej jednej nowoczesnej typu empikowego. I to był kurna błąd. Chciałam zostawić CV, a wkręcono mnie w rozmowę z szefową, która to rozmowa poszła tak tragicznie, że mam ochotę się pociąć. Pokazała mi, że gówno wiem o najnowszej literaturze i bestsellerach i generalnie to ja się do niczego nie nadaję. Siedziałam tam czerwona jak burak. Coś tam mruknęła, że możliwe, że odbędzie się druga taka rozmowa, na którą mam się przygotować. Ta, jasne. Na pewno się odbędzie ;) Wyszłam stamtąd gorąca od własnego wstydu. Niedźwiadek skrzyczał mnie za przeżywanie, za mój tok myślenia [że skoro jestem polonistką to powinnam znać wszystkie książki świata] i pewnie ma trochę racji, ale też nie do końca. Mogłam to jakoś inaczej rozegrać, nie zgodzić się na rozmowę tak od razu... Ale cóż, wyszło, co wyszło. Teraz już tylko pozostaje mi walczyć z uczuciem bycia beznadziejną w każdej dziedzinie [nawet tej wyuczonej] i do niczego się nie nadającą. Czy jest cokolwiek, na czym się znam i w czym jestem chociaż minimalnie lepsza niż reszta ludzkości? :/

        Podsumowując... Z 35 wydrukowanych CV rozeszło się chyba z 6. Z milijonów wysłanych przez sieć nie ma odpowiedzi. Boli mnie łeb, czuję się bezwartościowym gównem, chętnie dziabnęłabym coś otępiającego i świat mógłby o mnie zapomnieć.

        Dobrze, że jest Niedźwiadek. Bez niego rozpadłabym się na kawałki.

walk with me
Autor: innam
04 października 2010, 14:38

          Budzik niczym ptaków śpiew wyrywa ze snów. Wstaję, a słońce radośnie świeci w okno. Niedźwiadek mruczy i przewraca się na drugi bok. Podśpiewuję myjąc włosy, cmokam go w czółko szukając bielizny. I tak sobie pląsam, susząc włosy, ubierając się, taka nimfa błotna z 50 kilogramami nadwagi. A potem wstaje Niedźwiadek, robi mi śniadanie i kawusię, sam ubiera się i kiedy już muszę wychodzić, on łapie worek ze śmieciami i wychodzimy razem. Prowadzi mnie do pracy za rączkę, daje buzi i idę taka potem uśmiechnięta i robię tysiąc rzeczy, których innym się robić nie chce, ale co mnie to wszystko! Zakochałam się znowu i chcę się tak zakochiwać regularnie. I nie to, że sielanka i słodka miuość. Nie, nie. Trudne chwile są wciąż w toku, wciąż na co dzień borykamy się z problemami, dużymi i małymi. Wciąż mam taką a nie inną Mamę, która pogrąża mnie zamiast wspierać[wypowiedziała się ostatnio o mnie, jak o nieudanym dziecku... heh. A następnego dnia dzwoni i pyta, kiedy zajrzę na babskie pogaduchy... jakoś nie mam chęci], a Niedźwiadek rodziców, na których nigdy nie można było liczyć. Wciąż nie mamy oboje pracy, ale jeszcze nie straciliśmy nadziei. Jesteśmy razem niezmiennie mimo tylu prób, tylu sprawdzianów. Nie jest łatwo być razem w dzisiejszych czasach. Nie jest łatwo tym bardziej, jeśli sytuacja materialna jest przytłaczająco ciężka. A my się trzymamy. Chcę, byśmy trzymali się razem, nawet mimo tego, że właśnie strasznie wkurzająco Niedźwiadek chrupie płatki kukurydziane, czym zaraz mnie wyprowadzi z równowagi :D Dochodzą mnie słuchy o tym, że związki znajomych rozpadają się, komuś tam znowu nie wyszło. Dlatego tym bardziej doceniam to, co mam. Jesteśmy na dobrej drodze do czegoś jeszcze lepszego.

          Wychodzę z pracy, a w bramie jakiś fotograf ślubnej pary mówi do mnie bezczelnie: „pani będzie tak szła ciągle, czy może zejdzie?”. Szkoda, że nie jestem pyskata, bo zasługiwał na parę słów na temat kultury osobistej.

         Tak czy siak... dobrego tygodnia! :)

ta kawa jest naprawdę dobra
Autor: innam
29 września 2010, 17:00

          To był dobry czas. Oderwałam się od rzeczywistości i wypoczęłam. Zakochałam się po raz kolejny, kiedy tańczyliśmy z Niedźwiadkiem w korytarzu. Przez chwilę nawet tak zwyczajnie, jak normalne pary, a nie jak upośledzeni [to jedna z naszych ulubionych rozrywek na co dzień] ;) I jakoś cholernie romantyczne mi się to wydało. Podobnie, jak troska w jego głosie, kiedy źle się czułam. Powzięliśmy po raz kolejny mocne postanowienie o odchudzaniu. Nie będę deklarować nic, ani nic sobie obiecywać, bo wiadomo jak to jest z moją silną wolą i pociągiem do dobrego żarcia, ale spróbuję :] Niedźwiadek zaś wygląda na pełnego przekonania. Będę mu pomagać. A dzisiaj rano odprowadził mnie do pracy za rączkę i pocałował przed rozstaniem, co sprawiło, że coś tam we mnie obudziło się na nowo. Taka ciepła myśl, że można być ze sobą non stop i się nie znudzić, bo takie malutkie gesty, drobne czułości odświeżają uczucia bardzo skutecznie.

          Z poniedziałku w pracy zapierdziel ostry, aż się spociłam. A potem rozbolał mnie łeb i myślałam, że pęknie, kiedy wklepywałam coś dla jednej z koleżanek w komputer. W ogóle chyba poszły po rozum do głowy i zrzuciły na moje barki wszystkie swoje zaległości, bo możliwe, że nie dostanę przedłużenia stażu [nie chcę o tym myśleć, bo to byłoby tragedią], a jak nie dostanę, to kto to wszystko za nie zrobi? ;) Tak więc się nie nudzę a czas leci mi szybko.

            Dzisiaj to w ogóle chyba jakiś dzień dobroci dla M. był. Tylko weszłam do pracowni, a dziewczyny zaczęły uderzać w komplementa. A to, że ja zawsze dobrze ubrana i umiem dobrać sobie ciuchy do figury, a to że fajnie kolorki dobieram, a to że zawsze wyglądam sexy [to już mnie kompletnie rozwaliło!!!], że mam w sobie seksapil i to COŚ [czymkolwiek by to nie było] i generalnie fajna ze mnie babeczka. Przysięgam, że pomyślałam, że się ze mnie nabijają albo czegoś chcą. Obstawiam, że postawiły sobie za cel podwyższyć moją samoocenę [bo przecież zbity pies prześwituje przez moją skórę], dlatego tak gadają. I jeszcze spotkałam dawną sąsiadkę wracając do domu, ona z kolei powiedziała, że nic mi lat nie przybyło. To chyba komplement, biorąc pod uwagę, że oglądała mnie z bliska ostatni raz jak miałam z 15 lat. Nie wiem, o co chodzi.

           Wczoraj wściekłam się na siebie, że zapomniałam ze sklepu gazety, za którą zapłaciłam. Nie śmierdzę groszem, a gazeta mi potrzebna ze względu na dział ogłoszeń. Dzisiaj kupiłam nową, a jutro zamierzam wrzucić do specjalnej skrzyneczki mój kupon nadziei. Jeśli faktycznie jest tak, jak ktoś mi ostatnio mówił, to telefon powinien zacząć dzwonić. Jeśli to ściema, to i tak lepsze takie trzymanie się nadziei niż nic. W marzeniach ja i Niedźwiadek mamy stałą pracę, bierzemy kredyt, remontujemy mieszkanie, bierzemy sobie kotka lub fretkę, robimy prawo jazdy i odkładamy na samochód. Tak. Projektuj marzenia a nie najczarniejsze scenariusze!!!

Happiness is like peeing in your pants. Everyone...
Autor: innam
24 września 2010, 18:36

           Próbuję sobie przypomnieć, co to było w tym tygodniu. Skojarzenia mam w większości negatywne. Załączył mi się nerwodół przez dyrektorkę, która postanowiła przy ludziach pouczać mnie, gdzie powinnam szukać pracy. Szmata. Do domu wracałam ze łzami w oczach z wielką ochotą na bombę tłuszczowo-węglowodanową. Oczywiście kasa do piątku wyliczona, więc nie było szans, żebym mogła kupić coś więcej niż chleb i serek. Ktoś jednak jakby przewidział moje pragnienia tego dnia. A była to Grainne. W skrzynce znalazłam bowiem paczuszkę prosto z Japonii. A w niej dużo ciepłych słów, pocztówka z życiową mądrością, cukierki o niezidentyfikowanym smaku i... czekoladowe smakołyki :) List pochłonęłam jeszcze w kurtce i butach, czekoladowe smakołyki dopiero później, delektowałam się i celebrowałam tę chwilę. Pocztówkę przyczepiłam do lustra. Cukierki zaś rozdaję wszystkim znajomym, by pomogli mi zrozumieć, czym to smakuje. Dziewczyny w pracy obstawiają: bazylię, trawę, ziarnka dyni i zieloną herbatę. Niedźwiadek mówi, że to szpinak. Zaprawdę powiadam Wam, poznaję smaki świata dzięki blogowisku ;) Zostały mi jeszcze cztery. Niech ci, co ich posmakują, poczują się zaszczyceni, jako i ja się poczułam, gdy po raz kolejny dostałam taką magiczną przesyłkę :) Tak więc Grainne – uratowałaś jeden dzień z mego zasranego tygodnia :P

          A potem było ciekawie. Dziewoje donoszą, że żeby sprzedawać w kiosku trzeba przejść wieloetapową rekrutację łącznie z rozmową z psychologiem, a żeby sprzedawać tandetną biżuterię, oprócz wieloetapowej rekrutacji jest jeszcze robienie z siebie totalnego idioty w grupowych zabawach-konkurencjach z rywalami. Granice poniżenia, jakiego może doświadczyć magister filologii polskiej, poszerzają się każdego dnia. Potrzebuję czegoś na otępienie, żeby to przeżyć. Na domiar złego poobrażałam się na Niedźwiadka i w ogóle jeden dzień mieliśmy cichy i nieprzyjemny. Potem wszystko przeszło. A dzisiaj rano dodał mi sił i otuchy i już jest trochę lepiej. Najgorsze są chwile, kiedy człowiek zda sobie sprawę, w jakiej kijowej sytuacji się znajduje, w jakim syfie mieszka, w jakiej niesprawiedliwości obraca, jak niewiele potrafi z tego, co dzisiaj jest potrzebne i jakie jest prawdopodobieństwo, że spełni się którykolwiek z jego planów. Trudno wtedy myśleć pozytywnie, wierzyć w lepszą przyszłość i doceniać, że ma się przy sobie kogoś, kto kocha, że jest się zdrowym, że ma się co jeść – choćby był to chleb z pasztetem. Ale są, wciąż jednak są te spokojne chwile błogości, kiedy zachwyci wiewiórka na drzewie, słońce na twarzy, młoda para robiąca zdjęcia ślubne w parku. Kiedy Ktoś trzyma Twoją dłoń, kiedy zasypiasz w najcieplejszych ramionach, a rano pierwszą rzeczą, którą widzisz jest On. Bywam bardzo szczęśliwa.

          Dziewczyny w pracy chyba mnie lubią. Zwierzają mi się z problemów z dziećmi, urazów z dzieciństwa, przejść małżeńskich i pozamałżeńskich. Komplementują codziennie moje ciuchy, dobór kolorów, fryzurę [jeszcze zacznę wierzyć, że umiem się ubrać! :P]. Dzisiaj powiedziały, że bardzo by chciały, żebym z nimi została, bo rzadko się zdarza, żeby z kimś się tak dobrze pracowało, że jestem bardzo pomocna i że bardzo mnie lubią. Miłe to bardzo, nie powiem, szkoda tylko, że bycie lubianym nie jest brane pod uwagę przez pracodawców :)) Na tym polu – przynajmniej zdaniem współpracownic – zmiotłabym z powierzchni całą konkurencję, hehehe. Achhhh, pocieszanie samej siebie idzie mi całkiem nieźle. Praca się znajdzie, musi się znaleźć. A jak nie, to otworzę działalność gospodarczą, jak wielu z Was mi radzi :D Nie wiem jeszcze, co to by mogło być, ale coś wymyślę. Toż mam łeb jak sklep, nie?

 

         Weekend czas zacząć! Od pizzy ;)

sponsoring
Autor: innam
19 września 2010, 12:50

          Rozmowa z dyrektorką okazała się być mniej więcej tym, czego się spodziewałam. Z jednym wyjątkiem. Była zdziwiona, że w ogóle przyszłam rozmawiać o pracy, tak jakby oczywistością było, że staż to wszystko, czego mogę chcieć. Najadłam się wstydu, nie było nawet minimum tej serdeczności, z jaką przyjęła mnie w czerwcu. Nie chciała nawet obejrzeć mojego CV czy zerknąć na dyplom. Do końca dnia niemal miałam zjechany humor, z pracy poszłam sobie wcześniej, nie pytając się nikogo o zdanie, bo po prostu miałam dość. Gdyby nie to, że mam w domu Niedźwiadka, który do takich rzeczy ma podejście dużo zdrowsze niż ja, to nie wiem, jak bym sobie poradziła. Następnego dnia wprawdzie dalej byłam przybita, ale szłam do pracy z myślą, że w takim układzie nikomu nie jestem winna starań, przykładania się i zaangażowania, a już o punktualności w przychodzeniu i wychodzeniu z pracy mogą sobie pomarzyć ;) Tak oto pocieszałam się swoimi myślami, bo w rzeczywistości oddałam zupełnie za darmo dwa rewelacyjne pomysły swojej przełożonej, która pewnie dostanie za nie pochwałę od dyrekcji za kreatywność. W przypływie desperacji zaczęłam nawet ogłaszać się w lokalnej gazecie. Spoliczkowała mnie totalnie odpowiedź na moje ogłoszenie w formie smsa o treści: „Witam interesuje cie dyskretne spotkanko sponsorowane”. Dokładnie tak zapisane. Tyle w temacie mojej pracy.

         A poza pracą to pisałam niedawno do „BF”, bo mi się przyśniła. Okazało się, że przeżywa teraz mocno dramatyczne chwile, boję się najgorszego. Pisałam potem jeszcze, już nie odpisała. Mam złe przeczucia.

         Malowanie okien idzie nam cholernie opornie. Minął tydzień, a do pomalowania zostały jeszcze dwa. Masakra. Cieszy mnie, że w sypialni i w pokoiku, w którym spędzamy najwięcej czasu, już pomalowane. Posprzątałam i jest od razu lepiej. Nie mogę się tylko pozbyć mojego przybicia. Z każdej strony ktoś pyta, jak tam praca, krzywią się, że staż z UP, pytają gdzie i jak szukam, że może trzeba urokiem osobistym zadziałać, sąsiadka radzi ładny makijaż i fajne ciuchy [„na pewno się uda, ty taka ładna dziewczyna, ja cię nawet przez ścianę lubię, chociaż się nie widujemy”:D:D:D], bla bla bla... A ja pogłębiam swoją załamkę, bo każdy świetnie radzić umie, ale co z tego. Chyba odpiszę odważnemu sponsorowi, że jak taki przy kasie jest, to mogę ewentualnie przyjąć darowiznę ;))

mniej niż zero
Autor: innam
12 września 2010, 20:28

W szpitalu urodził się chłopiec bez rąk, nóg, mózgu... Pielęgniarka przybiega do lekarza i mówi mu, jaka jest sytuacja. Na co lekarz:

- Plecy ma?

- Ma – odpowiada pielęgniarka.

- Będzie żył.

          Miniony tydzień w pracy upłynął mi pod znakiem ciężkiego fizycznego zapieprzu. Przełożona wymyśliła sobie remont miejsca pracy i chcąc nie chcąc musiałam się w to włączyć. Rozważałam wprawdzie wzięcie sobie przysługujących mi już dni wolnych na ten czas, ale chęć zakończenia stażu tydzień wcześniej przeważyła. Tak więc nosiło się strój roboczy na zmianę i paćkało w farbach wszelakich i rozpuszczalnikach. Dyrektorka widząc naszą ciężką pracę zacierała tylko rączki, bo remont pomieszczenia za darmochę, a na dodatek jednemu robolowi [czyt. mi] nie płaci ani grosza! Narobiłam się strasznie, nawdychałam smrodu, jednego dnia pracowałam w obcierających butach, nosiłam ciężary a wszystko przypłaciłam zakwasami. Efekt nie był zachwycający, ale entuzjazm trzeba było okazać pomysłodawczyni przedsięwzięcia, no bo jakże by inaczej? I tak najwięcej narobił się nasz nowy kolega, jako jedyny w grupie przedstawiciel płci silnej. Wydaje mi się, że nawet zaczęliśmy się lubić, jako że jesteśmy w zbliżonym wieku. Nasze krótkie niezobowiązujące pogawędki doprowadziły mnie do szokującego i bolesnego odkrycia: on jest ode mnie parę lat młodszy i dopiero zaczyna studia, co oznacza, że nie ma wykształcenia, jest gówniarzem, a dostał etat w miejscu, w którym ja bardzo chciałabym pracować. Mam magistra, a jestem nikim, popychadłem. Kurrrrr...!!! W dupę se wsadzić takie wykształcenie. Zdołowało mnie to. Ale bardziej zdołowało mnie to, że niejako w sprawach zawodowych wysłano mnie do rodziców , podczas której to wizyty rodzice moi wyrazili swoje niezadowolenie wobec mnie. Podobno marnuję się, marnuję wszystkie swoje dotychczasowe osiągnięcia [chyba mają na myśli tytuł, który nic dla nikogo nie znaczy], że nie wykorzystuję swojego potencjału i że powinnam pracować za przyzwoite pieniądze. Trochę wyrzutów mi porobili o pracy, o tym, że ojciec mógłby mi spróbować załatwić w szkole, a ja się upieram, że tam nie chcę. I że mam iść na studia podyplomowe, oni mi sfinansują. Ojciec zaczął mi sugerować wyjazd z miasta. Super. Kiedy mi podsuwali mieszkanie w Rodzinnym Mieście i mówili, jaki to świetny pomysł, jakoś nie wpadli na to, że jest to region wysokiego bezrobocia :) Ale może im się po prostu wydaje, że ja się nie staram, że może nie mam ambicji, bo przecież na pewno zaraziłam się wszystkim co najgorsze od mojego chłopaka. Popłakałam się. Poczułam nic nie warta, poniżona i beznadziejna. W tym tygodniu mam rozmawiać z szefową o pracy [której na bank nie dostanę, w związku z tym rozmowa ta będzie kolejnym poniżeniem]. Odechciewa mi się wszystkiego i zaczynam obawiać się, że moje życie w tym mieście może zwyczajnie nie wyjść. Że życie GDZIEKOLWIEK może mi nie wyjść. Dlaczego nie mogę być sekretarką w jakiejś firmie? Nadawałabym się... Umiem szybko i poprawnie pisać na komputerze, wysławiam się przyzwoicie, lubię pracę przy komputerze... Tylko co z tego, skoro taką pracę – jak chyba kurna każdą!!!- można dostać tylko po znajomości?

            W piątek z niepokojem oczekiwałam na wypłatę. Z 13 gr w portfelu zaczynałam bać się głodu, zadzwoniłam nawet do UP, a potem skontaktowałam się ze swoim bankiem, żeby dowiedzieć się, jakie szanse mam na to, że będę miała co jeść w weekend. Wieczorem kaska spłynęła, a pierwszą wypłatę świętowałam z Niedźwiadkiem ciastkami z wyższej półki. Radość była krótka. Kiedy odliczyłam sobie, ile muszę zapłacić za mieszkanie, gaz, ile oddać Sister, ile na farbę, pędzle i na fryzjera [naprawdę muszę ;( ]... Przykro się robi.

 

6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata liceum, 5 lat studiów, a ja wciąż zaczynam od zera.

tylko liścia pół
Autor: innam
05 września 2010, 10:53

           Po pełnych stresu i negatywnych emocji dniach nadeszło trochę spokoju. Cudownie bezstresowy weekend, podczas którego nikt nie dzwonił, nikt nic ode mnie nie chciał, mogłam robić co chcę. Weekend ma się wprawdzie ku końcowi, ale dzisiejszy dzień zamierzam spędzić miło i przyjemnie. Pogoda znowu taka sobie, znając życie jutro znowu będzie lać, ale może to i lepiej, bo nowe butki obtarły mi pięty i dopóki się to nie zagoi, nic innego nie wejdzie mi na nogę, oprócz adidasów.

           Śniła mi się uczelnia. Ostatnie zajęcia, w tym takie, na których nigdy nie byłam, nikt mnie nie pamięta, a zaliczenie trzeba dostać. Nie wiedzieć czemu, była to matematyka i WF :D Na matmie w liceum rzadko mnie widywano, to pewnie dlatego. A WF rozumie się sam przez się. Zaliczenia chyba ostatecznie dostałam, hehe.

           Pisała do mnie „BF”. Dalej nie ma pracy, siedzi w domu z rodzicami. Szczerze, to jej współczuję. Ja jestem w o niebo lepszej sytuacji, bo przynajmniej mam jeszcze staż, a na co dzień poczucia mojej beznadziei i kompletnej nieprzydatności nie pogłębiają mi rodzice. Pisała też do mnie jedna z Dziewoj, której z kolei rodzice nie dają żyć z powodu braku pracy i jej marzeń, których nie boi się spełniać. Ludu, jak dobrze, że nie mieszkam z rodzicami. Nigdy więcej.

          Naklepałam jeszcze jeden akapit, ale po zastanowieniu się – skasowałam. Od dzisiaj będzie tu trochę jesienniej. Kawa się kończy, więc i ja kończę. Chciałabym, żeby jutro jeszcze nie był poniedziałek :)

ciamajda
Autor: innam
02 września 2010, 13:48

           Jak miło i przyjemnie zaczął się ten dzień... Z rana zatkał się wucet, pan w spółdzielni był średnio miły, zmokłam w drodze do pracy, spóźniłam się do pracy, w pracy dowiedziałam się, że na stanowisko, na którym chciałabym być zatrudniona, właśnie przyjęty został jakiś obszczymurek w moim wieku [ciekawe, kto mu załatwił, nawet moja przełożona nie wie, z jakiej racji on się tu tak nagle zjawił], tak więc chuj strzelił moją stałą pracę po stażu a na mailu dostałam jakże uprzejme zawiadomienie, iż aplikacja moja na stanowisko nauczyciel nie została wybrana i w tej chwili Zespół Szkół nie ma wolnych etatów. Miło, że chociaż zawiadomili, pierwszy pracodawca, który mnie tym zaszczycił, inni nie zadają sobie tyle trudu.
           Ale dzisiejszy dzień to tylko rozwinięcie dnia wczorajszego. Wczoraj to dopiero emocjonujące akcje były. Jeszcze z rana przy kawce rozmyślałam sobie o tym, jakie znaczenie miał dla mnie kiedyś 1 września, jakie to lata szkolne były i nie były, i jak to cudowne, że do szkoły już chodzić nie muszę. I nawet deszcz padał jakby delikatniej i mniej inwazyjnie niż dzień wcześniej [kiedy to do pracy dotarłam przemoczona od stóp do głów mimo parasolki i wszyscy patrzyli na mnie jak na debila i pytali, czy się nie przeziębię]. Z pracy przełożona puściła mnie wcześniej, tak się złożyło, że jeszcze podwózkę miałam, bo Matula w pobliżu była i mnie podrzuciła na zakupy i do domu. Smażyłam sobie ze spokojem ducha pyszne naleśniki, które ledwo spożyłam a do drzwi moich zaczęła dobijać się Stara Z Dołu. I drze ryj, że jej mieszkanie zalewam. No więc ja w szoku, bo u mnie nic nie widać, żeby coś się lało. Kazała mi zejść na dół i zobaczyć. Więc zeszłam. I był to jeden z największych błędów, jakie mogłam popełnić, zaraz po tym, że w ogóle otwieram jej drzwi. Faktycznie, coś jej tam kapało z rury, ale żeby to było kosmiczne zalanie to nie powiem. W każdym razie obiecałam jej, że za moment zadzwonię do hydraulika. Ale ona mi wyjść nie pozwoliła, o nie. Jeszcze sąsiadkę wzięła na świadka i zaczęła mnie opieprzać za szuranie krzesłami! Wysłuchałam swojego i powiedziałam, że idę zadzwonić do tej spółdzielni, bo im szybciej tym lepiej. Myślałam, że mam ją z głowy, ale jakże się myliłam... 5 minut później wali mi znów w drzwi i mówi, że ona chce zobaczyć te moje fotele, którymi tak szuram. Więc jej przez drzwi pokazuję [o ja głupia...] a ta mi do domu włazi i ogląda! Mówię do niej jeszcze spokojnie, żeby wyszła, żebyśmy na spokojnie wszystko z tymi rurami załatwili, a ona do mnie, że jakim prawem ja ją z domu wyrzucam. Na co Niedźwiadek już się wściekł i zaczął dużo mniej spokojnie i uprzejmie mówić, że ma wyjść z naszego domu a jak nie, to wezwie policję. Stara była zaszokowana, ale sobie poszła, a potem sąsiadka obok przyszła mi gratulować "męża" [bo oni myślą, że to mąż :P], bo z tą Starą to tylko tak rozmawiać trzeba, bo inaczej nie da żyć. Cała byłam roztrzęsiona. Hydraulik przyszedł, ale olał sprawę. Odkrył tylko, że faktycznie coś tam mamy zawilgotniałego, ale że to wina źle umocowanego klozetu. Tia. I poszedł. A dzisiaj się zatkało i tak czy siak musiałam wezwać ekipę :) Na całe szczęście zrobili co trzeba i już powinno być ok, nie zdarli też z nas dużo. Ufff... Jeszcze mnie Niedźwiadek skrzyczał za to, że się tak daję opieprzać jakimś babom i że w ogóle daję po sobie jeździć i nic z tym nie robię. I ja wiem, że on ma rację. I wiem też, że to co się ze mną dzieje nie jest dobre, bo moją reakcją na stres i jakiś nacisk jest chęć wycofania się, ucieczki i płacz. Skrzyczał mnie i powiedział, że on nie obroni mnie przed całym złem świata i że muszę nauczyć się bronić sama. Echhh... ja bym bardzo chciała. Bo ja też to widzę, że jestem taką ciamajdą w sytuacjach, kiedy ktoś zaczyna nieodpowiednio mnie traktować. Długo po tej akcji nie mogłam dojść do siebie. Oj długo.
           A jeszcze przedwczoraj załamała mnie kolejna akcja, tym razem z chirurgiem dla Niedźwiadka. Umówiliśmy się już z prywatnym, kasa jest, ale... pogoda. Lało strasznie i wiało, nie da rady dotrzeć na drugi koniec miasta z rozwaloną nogą bez pomocy samochodu. Poprosiłam Sis o podrzucenie nas do lekarza. Oczywiście całe miasto rozkopane bo remonty dróg, wszędzie korki i spóźniliśmy się pół godziny. Na szczęście od razu lekarz go przyjął, ale... nic mu nie zrobił. Powiedział, że wdało się jakieś zakażenie i najpierw trzeba to lekami zaleczyć, a dopiero potem przyjść do niego. Za tę radę wziął 50 zł i zostawił nas znowu na lodzie. Załamka dla mnie, bo to kolejne tygodnie czekania na coś, co powinno być zrobione już rok temu, ale żaden lekarz się nie podjął. Echhh... Także ostatnio nic nie układa się tak, jak powinno.
          Pogadaliśmy sobie z Niedźwiadkiem i doszliśmy do wniosku, że oboje mamy zepsute głowy. Jesteśmy zbyt nerwowi, tylko każde w inny sposób te swoje nerwy wyładowuje. Ja zaczynam przeszkadzać już sama sobie z tą moją pieprzoną łagodnością w stosunku do agresorów. Zaczyna mnie to pchać w kierunku podjęcia zdecydowanych kroków.

tralalili tralala... śpiewasz Ty, śpiewam...
Autor: innam
29 sierpnia 2010, 12:25

          Kolejny burzliwy, pełen emocji weekend zażegnany został na dobre [do następnego weekendu? ;)], a zgoda przypieczętowana w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Wyznałam również Niedźwiadkowi swój mroczny sekret, który przyjął nadzwyczaj normalnie i powiedział, że… widział to już wcześniej! No cholera jasna i nic nie powiedział :D Jednym słowem nie mam już więcej tajemnic do podziału między nas. I chyba nie muszę się bać braku akceptacji i odrzucenia.

          Tata wyszedł ze szpitala, powolutku dochodzi do siebie, dużo odpoczywa. Nie przewidzieli go w tym roku w jednym z jego miejsc pracy. Mama przeżywa, a ja myślę, że właściwie dobrze się złożyło. Tata za dużo pracuje, przepracowuje się. Należy mu się do jasnej cholery nareszcie trochę więcej wolnego czasu. Ja już im z budżetu domowego właściwie odpadłam, więc nie będzie im wcale tak znowu ciężko, niewielka różnica.

          Bro z żoną byli i się zmyli. Odwiedziłam ich na parę godzin, ale byłam nie w humorze, bo się z Niedźwiadkiem poprztykaliśmy solidnie. Średnio było. Jakoś tak… ani o czym porozmawiać, ani co… Ta jego żona ma fochy jak dziecko, naburmuszona wiecznie, nawet słowem się w towarzystwie odezwać nie potrafi. Herbaty nie wypije, bo niedobra. Pizzy nie zje, bo coś tam. Ludu! To była męka. I też ten mój brat taki egoista… Przyjeżdża, więc wszyscy mają wokół niego skakać i nie ważne, że Tata prosto ze szpitala, a ja też mam swoje sprawy. On musi być w centrum. Przykre to takie i wstyd trochę.

          Nie poczułam nawet tego weekendu. Dopiero dzisiaj się trochę relaksuję [bo się wszystko ułożyło w niedźwiadkowo-innusiowych sprawach] i zaczynam odpoczywać. Tylko weź człowieku odpoczywaj, jak musisz dobrze wyglądać przez cały nadchodzący tydzień! Trzeba zrobić sobie paznokcie, stopy, peelingi, maseczki [bo bez tego niechybnie i nieodwracalnie mi się twarz syfami przyozdobi, szczególnie, że łokres za parę godzin pewnie nadejdzie]. Trzeba wziąć kąpiel, ogolić to i owo, wypielęgnować włosy i natrzeć cielsko balsamem. Toż to z 2 godziny roboty :/ Kobiety mają przesrane, naprawdę. A ja to i tak ograniczam się do niezbędnego minimum. Jakbym tak chciała robić dla siebie coś więcej, to nie wiem, skąd bym na to czas wzięła. I pieniądze ;)

          Na koniec powiem jeszcze, że rozwala mnie strasznie to, jak wielki wpływ na nastrój, humor, poziom agresji u kobiety ma cykl. Nie lubić!

don't you ever leave me
Autor: innam
26 sierpnia 2010, 19:46

            Jakoś mi tak pozytywnie. Myśl o tym, że pierwszy raz od nie pamiętam kiedy nie będzie nam brakowało pieniędzy… Coś cudownego. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała napadów lękowych na tle finansowym [tym razem jest to obawa, że źle wpisałam swój numer konta bądź ktoś z UP źle go przepisał i nie dostanę wypłaty], no ale staram się tłumaczyć sobie, że to tylko mój chory umysł i na pewno wszystko jest ok.

            Festyn, którego współorganizacją zajmowałam się przez ostatni tydzień okazał się być bardzo udany. Wyszedł świetnie, dzieci wyglądały na zadowolone. Byłam wprawdzie mudżinem na pełny etat od rana do nocy, nagadałam się do rodziców i dzieci tyle, że mnie gardło rozbolało i naraziłam się nienormalnym matkom, ale generalnie nie było źle. Obserwacja: zamożniejsze matki i dzieci są bardziej pazerne na darmowe atrakcje niż te biedne. Biednym do głowy by nie przyszło, żeby dwa razy wystartować po nagrodę, która jest jedna na jedno dziecko. I na nic tłumaczenie, że może jeszcze do mnie przyjść dziecko, które dzisiaj nic nie dostało. Współpracownicy mili i przyjemni nie byli, ale swoje robiłam. Spotkałam paru znajomych z Miasta Rodzinnego, koleżanki w ciąży, dawne znajome w nowych związkach… Się dzieje w ludzkich żywotach. Po imprezie wróciłam do domu wykończona strasznie, padłam spać o 23.00 [całą noc śniły mi się dzieci…] a rano obudziłam się niezdatna do życia. Na szczęście – z tego co zauważyłam – wszyscy w pracy byli tak samo wykończeni jak ja i po godzinie mnie puścili do domu. Zdążyłam wreszcie trochę wypocząć, jutro już będę rześka ;)

            Wszystko, na co mogę już sobie pozwolić [a naprawdę nie jest to nie wiadomo co…] cieszy mnie ze zdwojoną siłą. Wczorajsza pizza z Niedźwiadkiem, myśl o kosmetycznych zakupach dla nas obojga… Pomidory, margaryna i smaczny gazowany napój. Kilka kolb kukurydzy. Niewiele mi do szczęścia potrzeba. U Niedźwiadka w domu zaczęło się układać, ojciec i brat dostali pracę. Czuje się wewnętrznie spokojniejszy. A i ja to widzę, bo między nami coraz piękniej. U mnie też nienajgorzej, pracuję, Tata już po operacji i wszystko dobrze, jutro wychodzi ze szpitala. Tylko spotkanie z dziewczynami mi się ciągle przesuwa, bo na weekend z kolei Bro z żoną przyjeżdża. Noszę w sobie poważny zamiar wyznania Niedźwiadkowi wszystkiego, najgorszych szczegółów związanych z moją chorobą. Do tej pory robiłam to krok po kroczku, pomijając wciąż najgorsze. Ale teraz… odczuwam powoli pragnienie opowiedzenia o wszystkim. Boję się wprawdzie, że może coś się zmieni w jego stosunku do mnie jako kobiety, ale z drugiej strony… przecież to Niedźwiadek. Mój najlepszy przyjaciel. Ktoś inny oprócz mnie i Mamy musi się w końcu o tym dowiedzieć i mnie wesprzeć. Czekam na najlepszy moment, odpowiednią scenerię. To będzie trudna rozmowa.

           Nadzieja mnie nie opuszcza :)

hołpfuli
Autor: innam
21 sierpnia 2010, 11:48

          W czwartkowy wieczór dowiedziałam się, że mój Tata nie ma raka płuc, nie ma zwłóknienia płuc i nie umrze w jakimś terminie. Po tych wszystkich koszmarach o pogrzebach, okropnych wizjach, musiałam upewnić się i następnego dnia po pracy poszłam do nich. Bogu dziękować, naprawdę jest dobrze, dawno nie czułam takiej ulgi. Przegadałam z Dziadziem kawał czasu i powiedział mi nareszcie coś, co oddaliło ode mnie skutecznie poczucie winy za mieszkanie w jego mieszkaniu. Powiedział bowiem, że przepisuje je na mnie i nikt inny niż ja ma nie mieć do niego prawa.

           Spotkałam się też z Sis. Haa… Kretyn poszedł po rozum do głowy, przeprosił, spokorniał, coś zrozumiał i nareszcie się jej oświadczył. I nawet zrobił to ładnie i w przyjemnych okolicznościach. Spodziewałam się zaręczyn, ale nie takich ;) Cieszę się bardzo, bo jestem przynajmniej spokojna o jej przyszłość. Jakoś tak tylko… Boże jedyny, przecież to moja Sis, z którą lepiłam bałwany pod blokiem i bawiłam się w aptekę. A tu zaręczyny, ślub w perspektywie… Echhh… się wzruszyłam :)

          W pracy zaczęło się dziać coś bardziej konkretnego. Jako że pracuję w dziale imprez masowych, bawię się w mniej odpowiedzialne części organizacji festynu dla dzieci. Dzwonię w sprawie patronatu medialnego, rozsyłam informacje do mediów, wysyłam faksy z zamówieniami, piszę scenariusze, wymyślam zabawy… I to mi się podoba. Mam w swoim dziale dwie młode dziewczyny, podobno jacyś faceci też są, ale jeszcze nie zdążyłam poznać. Festyn w przyszłym tygodniu i będę obsługiwać jedno stanowisko :D Hehe. To są pozytywne strony mojej pracy. Negatywne to wszystko oprócz pozytywów ;)

           Nie chce mi się sprzątać w domu. Dam sobie chyba na wstrzymanie i tylko powierzchownie ogarnę, żeby się o nic nie potykać ;) I pranie zrobię. Mama kupiła mi piekarnik elektryczny. Zaskoczyła mnie bardzo. Uparła się na to strasznie, chociaż jej mówiłam, że nic nie chcę. Nie ukrywam… przyda mi się on jak nic innego. Bo aktualnie do gotowania to mam 3 sprawne palniki starej kuchni gazowej. Ależ bym chciała mieć stałą pracę… I wziąć kredyt i móc tu wreszcie coś zrobić… Ciekawe, jak długo zajmie mi remontowanie tego mieszkania. 10 lat? Echhhh…

          Jest we mnie wciąż trochę nadziei, że już wkrótce będzie nam się żyło lepiej, że znajdzie się praca, wszystko się powolutku zacznie układać. Bo pieniądze pieniędzmi, ale jeśli mam przy sobie kogoś, kto kocha mnie i akceptuje w pełni, to chyba nie pozostaje mi nic innego, jak być szczęśliwą ;)